Recenzja filmu Ruiny (2008)
Carter Smith

Meksykański koszmar

"Ruiny" to średnio zrealizowana ekranizacja, lecz dobre kino grozy. Film na początku chwyta za gardło i nie puszcza do samego końca, przyprawiając o dreszcze i wstrząsając terrorem goszczącym na ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Ruiny (2008)
"Ruiny" to jedna z mroczniejszych powieści, jaką miałem okazję przeczytać. Chwytała za gardło i nie puszcza do ostatniej strony, trzymając w napięciu i zaskakując zwrotami akcji. Książką zachwycił się także mistrz horroru - Stephen King, określając dzieło Scotta Smitha "jednym wielkim krzykiem przerażenia". Adaptacje "Ruin" nie oddaje w pełni klimatu powieści, jednak można śmiało powiedzieć, że to rzetelnie nakręcony film grozy.

O Scottcie Smithcie zrobiło się głośno, kiedy na ekranach kin zagościła adaptacja jego powieści "Prosty plan" pod tym samym tytułem, której został scenarzystą. Film okazał się strzałem w dziesiątkę, zyskał wiele pochlebnych opinii, a sam Smith został uhonorowany nominacją do Oscara, w kategorii najlepszy scenariusz adaptowany. Później o pisarzu ucichło, aż do 2006 roku, kiedy została wydana jego kolejna powieść "Ruiny", która również została pozytywnie przyjęta przez krytyków. Jej rosnąca popularność przykuła uwagę początkującego reżysera, Cartera Smitha, mającego na swoim koncie zaledwie dwa filmy.  Po dwóch latach powstała adaptacja "Ruin", której do ideału daleko, lecz trudno byłoby nazwać ją słabą produkcją.

Fabuł skupia się na grupce przyjaciół spędzających wakacje w Meksyku, gdzie poznają Mathiasa, który opowiada im o wykopaliskach archeologicznych. Znudzenie codziennymi imprezami turyści, postanawiają je zwiedzić, nie spodziewając się, że w meksykańskiej dżungli czai się coś przerażającego...Po przeczytaniu opisu, trudno byłoby pałać entuzjazmem, bo już wiele produkcji powielało identyczny zarys fabuły, jak na przykład przeciętny horror - "Turysta (2010)Turistas (2006)Turistas". Mimo tego "Ruiny" wyróżniają się na tle takich dzieł, specyficznym i oryginalnym antagonistą oraz umiejętnym straszeniem widza.

Sporym zawodem okazała się praca scenarzysty, zwłaszcza, że jest on przecież autorem książki. Scott zdecydował się znacznie odbiec od swojego działa, zmieniając losy bohaterów i miejsce akcji oraz skrócić pobyt turystów z kilku tygodni, na zaledwie kilka dni. Te modyfikacje może zadziałały na korzyść osób nie znających treści lektury, lecz dla zaznajomionych zrobiło bardzo słabe wrażenie. Nie wiedząc czemu, to co przytrafiło się Ericowi w książce, przytrafia się Stacey w filmie, a to co Dimitriemu, spotyka Mathiasa. Nawet bohaterowie, którzy giną na początku książki, w produkcji Smitha docierają do napisów końcowych. Trudno jest przenieść każdy kadr z powieści na klatkę filmową, lecz w tym wypadku, scenarzysta potraktował film po macoszemu.


Film prezentuje się dobrze ze strony wizualnej, nienaganna praca operatora uchwyciła walory przyrody - zwłaszcza niezłe widoki na ocean, jak również te wykonane w meksykańskiej dżungli. Ponadto na pochwałę zasługuje ekipa odpowiedzialna za oświetlenie, ponieważ światła, a głównie ich brak powoduje, że nie wiemy co czeka naszych bohaterów. Reżyser zadbał także, aby metody straszenia nie były monotonne oraz będące do przewidzenia. Szczególnie dobrze poradził sobie w scenach, kiedy dwie turystki znajdowały się pod ziemią.

Zaletą filmu jest naprawdę dobra obsada. Właśnie dzięki tym zdolnym aktorom bohaterowie nabierają charakterów. Smith najwidoczniej zapomniał, aby postacie, które sam stworzył nabrały odpowiednich barw. W książce każdy z turystów miał zaprezentowany zarys psychologiczny oraz nakreśloną historię, natomiast w filmie ich losy zostały zaprezentowane bardzo skrótowo. Słabo napisane przez scenariusz postacie, nie przeszkodziło jednak obsadzie, aby dobrze się w nie wcielić. Szczególnie dobrze zaprezentowała się Laura Ramsey, która imponowała siłą krzyku oraz świetnie sobie poradziła w scenach przerażenia. Jena Malone, Shawn Ashmore oraz Jonathan Tucker także wykazali się kunsztem aktorskim, dobrze kreując swoich bohaterów.


Warto wspomnieć o dbałość twórców o detale. Bohaterowie z początku filmu są piękni i zadbani, natomiast kiedy rozpoczyna się ich walka o przetrwanie, mizernieją w oczach. Ponadto głębokie urazy i skaleczenia uderzają realizmem. Scena, w której jedna z postaci stoi umazana cała we krwi z wieloma otwartymi ranami, wzbudza odrazę, a u słabszych widzów mdłości.

Podsumowując, "Ruiny" to średnio zrealizowana ekranizacja, lecz dobre kino grozy. Film na początku chwyta za gardło i nie puszcza do samego końca, przyprawiając o dreszcze i wstrząsając terrorem goszczącym na ekranie. Mimo kilku niedociągnięć, seans mija szybko i nie odczuwa się potrzeby zerknięcia na zegarek.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 100% uznało tę recenzję za pomocną (7 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (4)