Recenzja filmu Fortepian (1993)
Jane Campion

Melodia miłości

Nie lubię dzisiejszych filmów o miłości. Według mnie dzielą się albo na infantylne komedyjki, w których wszyscy bohaterowie są gładcy i wymuskani, a ich finał znany jest od początku, albo na ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Fortepian (1993)
Nie lubię dzisiejszych filmów o miłości. Według mnie dzielą się albo na infantylne komedyjki, w których wszyscy bohaterowie są gładcy i wymuskani, a ich finał znany jest od początku, albo na przedramatyzowane traktaty o gorącym i nieszczęśliwym uczuciu, zakończone jakimś banalnym przesłaniem o potędze miłości. W tych wszystkich filmach miłość jawi się jako uczucie abstrakcyjne, odległe, zarezerwowane tylko dla wybranych. Dlatego też filmy, w których widzę "miłość z ludzką twarzą" niejako z urzędu zyskują u mnie parę punktów. Żeby tego doświadczyć po raz kolejny musiałem cofnąć się do roku 1993 i odnowić znajomość z jedną z niewielu uznanych reżyserek w Hollywood, Jane Campion.

Reżyserka zaprasza nas w długą podróż w nieprzeniknione lasy nowozelandzkiego buszu. Ciągle padający deszcz, nieprzyjemne wichury, surowy klimat, wszechobecne błoto i brud - wydaje się, że gorszego miejsca na romantyczną opowieść nie można było wybrać. A i bohaterowie do kanonu sentymentalnych kochanków wybitnie nie przystają. Ona - Angielka imieniem Ada, niemowa, oszczędna w uczuciach, cieplejszym wzrokiem obdarzająca wyłącznie córkę i ukochany fortepian. On - rdzenny mieszkaniec buszu nazwiskiem Baines, prostoduszny troglodyta, nie umiejący czytać ani pisać samotnik. Tym, co łączy dwoje kompletnie od siebie różnych osób, jest tytułowy instrument. Nasi bohaterowie nie są mistrzami w wyrażaniu emocji, własne myśli wolą trzymać dla siebie. Jednak pasja do muzyki, wzajemne odkrywanie się w rytm pięknych melodii fortepianu, klimat bliskości i wrażenie, że na drugim końcu świata spotkało się bratnią duszę- te uczucia musiały wziąć górę nad racjonalizmem. Niema, dystyngowana dama i prosty mężczyzna z nowozelandzkiej głuszy zostają kochankami. Jakby tego było mało, pomiędzy nimi stoi przyszywany mąż Ady, stateczny i nobliwy Alisdair Stewart. Społeczny mezalians, coś co nie miało prawa się wydarzyć. A jednak się wydarzyło.

"Fortepian" urzekł mnie głównie dlatego, że nie próbował mi za wszelką cenę wyjaśnić, czym jest miłość i na czym to wariackie zjawisko polega. Nie miałem wrażenia, że reżyserka traktuje mnie jak uczuciowego tępaka. Ukazane przez nią uczucie jest trudne, napotyka poważne przeszkody, nie idzie na skróty, nie jest infantylne. Niewątpliwą zasługą Jane Campion oraz pary głównych aktorów (Holly Hunter i Harvey Keitel) jest fakt, iż miłość bohaterów jest prawdziwa i wiarygodna. Choć pozornie nie łączy ich nic, coś się między nimi zrodziło. I cały czas miałem pewność, że muszą być ze sobą, bo się naprawdę kochają, a nie dlatego, że są parą głównych bohaterów, a widzowie czekają na szczęśliwe zakończenie. I właśnie taką miłość chciałbym oglądać na ekranie jak najczęściej.


Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 82% uznało tę recenzję za pomocną (90 głosów).
ElCrackTotal
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)