Recenzja filmu Amores perros (2000)
Alejandro González Iñárritu

Miłość w trzech odsłonach

Meksyk - największe miasto świata. Unikalna kultura będąca wynikiem zderzenia dwóch cywilizacji - rodowitych Indian i przywiezionej przez Hiszpanów europejskości. Tu miesza się wszystko. Drapacze ...
Filmweb sp. z o.o.
Meksyk - największe miasto świata. Unikalna kultura będąca wynikiem zderzenia dwóch cywilizacji - rodowitych Indian i przywiezionej przez Hiszpanów europejskości. Tu miesza się wszystko. Drapacze chmur i piękne wille otoczone są bezkresnymi slumsami. Ich mieszkańcy, choć mijają się na ulicach, żyją w dwóch odmiennych światach, nie przenikających się zbytnio, niezrozumiałych a i często wrogich dla siebie. W takim miejscu osadzona jest akcja "Amores perros". Aby ukazać jego różnorodność, twórcy oparli fabułę na trzech przeplatających się opowieściach, z których każda ma zupełnie innych charakter, tempo i estetykę. Centralny moment filmu, kiedy wątki obcych sobie bohaterów splatają się w jedną całość, także oglądamy trzykrotnie, za każdym razem z innej perspektywy, z innego miejsca, który jest odbiciem subiektywnego punktu widzenia poszczególnych postaci.

W tragicznym wypadku zderzają się losy trojga ludzi, choć żyjących w tym samym mieście, należących do zupełnie innych światów. Gdyby nie kolizja, nigdy by się najprawdopodobniej nie spotkali. Nastoletni Octavio jest bowiem mieszkańcem biednej dzielnicy. Mieszka z matką, bratem i jego żoną, w której się zakochuje i z którą chciałby uciec i rozpocząć wspólne życie. Pieniądze postanawia zbierać wystawiając do walki swojego brutalnego rottweilera Cofi. Życie jednak nie jest proste i pierwsze sukcesy prowadzą go do ślepego zaułka. W drugiej opowieści 40-latek Daniel, choć jest posiadaczem udanej rodziny, satysfakcjonującej pracy, pewnego dnia postanawia zacząć nowe życie ze swą kochanką, piękną modelką Valerią. Dzień, w którym świętują początek nowego, jest zarazem początkiem końca, bo okaleczenie Valerii w wypadku to drogą do prawdziwego piekła. Bohaterem trzeciej historii jest zaś El Chivo, otoczony zgrają psów biedak, były rewolucjonista, który po latach spędzonych w wiezieniu, zarabia jako płatny morderca. Wypadek łączy go z rottweilerem Octavia, który "dzięki" swej brutalności paradoksalnie budzi w staruszku głęboko skrywane ludzkie uczucia i tęsknotę za utraconą córką.

Film jest bardzo nierówny. Podczas gdy pierwsza opowieść jest bardzo żywa, okraszona agresywną hip-hopową muzyką, nie dająca widzowi ani chwili na wytchnienia i porażająca ilością przelanej krwi, druga historia to już bardzo stonowany dramat dwojga kochanków, nie umiejących sobie poradzić z niespodziewanym kalectwem jednego z nich. Trzecia część zaś, to próba połączenia sentymentalizmu i brutalności i człowieka i świata w którym żyje.

Jak mówi sam tytuł (który można tłumaczyć na wiele sposobów, np.: "pieskie miłości", "miłość to suka"...) centralnym motywem filmu jest miłość. Uczucie, które w każdej opowieści jest inne i ma inny charakter. Octavio kocha żonę swojego brata, Valeria kocha Daniela, El Chivo swoją córkę. Wszyscy zaś kochają swoje zwierzęta. Psy, towarzyszące wszystkim bohaterom, odgrywają ważną rolę w fabule. One bowiem są barometrem ich uczuć, wyznacznikiem stanu ducha - wszystko to jesteśmy w stanie ocenić na podstawie sposobu, w jaki postacie traktują swoje zwierzęta. A oni sami przy okazji odkrywają przed nami swoją zwierzęcość, w sytuacjach ekstremalnych pozbawieni ludzkich hamulców i całej "boskości" odróżniającej człowieka od niższych gatunków.

To także film o stracie. Jak mowi reżyser: "Życie to ciągły łańcuch strat. Tracimy dzieciństwo, niewinność, rodziców, włosy a w końcu i samo życie". Tak jest i tutaj. Octavio traci swojego psa, Valeria nogę a El Chivio swoją córkę. Jednak ostatni z bohaterów ma szansę coś odzyskać. Daje to w tym brutalnym obrazie, odzierającym postacie z jakichkolwiek skrupułów a nas ze złudzeń o pięknym świecie, pewną nadzieję i wiarę w człowieka. Ta nutka cichego optymizmu jest bardzo ważna i pozostawia nas z odczuciem, że nawet w rzeczywistości gotującej się od nawału zdarzeń, pełnej tragicznym zbiegów okoliczności i wszędobylskiej przemocy, jest jakiś sens i szansa dla nas.

Biorąc pod uwagę wszystkie powyższe aspekty, jest to film genialny. Reżyser, choć debiutant i niewątpliwe dziecko reklamy, wykazał się niezwykłą pasją. Inarritu na naszych oczach delektuje się złożonością tego świata. Przede wszystkim jednak fascynuje się ludźmi, jego bohaterowie nie są pustymi hollywoodzkimi wyznawcami przemocy czy zblazowanymi intelektualistami -są ludźmi z krwi i kości, brutalnymi a jednocześnie wrażliwymi i myślącymi osobami. Żywiołowość filmu, jego wyrazistość muzyczno-estetyczna, czarny humor, a jednocześnie głęboka refleksyjność to porażająca mieszanka. Nie można jej sobie darować ale biec do kina.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 90% uznało tę recenzję za pomocną (142 głosy).

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)