Recenzja filmu Tańcząc w ciemnościach (2000)
Lars von Trier

Miałaś rację Selma, słuchaj głosu serca!

Po raz pierwszy o filmie dowiedziałem się dosyć późno, bo w 2003 roku. Przeglądałem akurat program telewizyjny i zauważyłem, że na "Jedynce" mają puścić film z "tą dziwaczną Islandką". ...
Filmweb sp. z o.o.
Po raz pierwszy o filmie dowiedziałem się dosyć późno, bo w 2003 roku. Przeglądałem akurat program telewizyjny i zauważyłem, że na "Jedynce" mają puścić film z "tą dziwaczną Islandką". Pomyślałem, że skoro gra tam Catherine Deneuve i Peter Stormare, to warto będzie go zobaczyć. Rola Björk wcale nie miała dla mnie znaczenia, myślałem, że jest jedną z tych piosenkarek, które sądzą, że jak zagrają w filmie, to sprzedaż ich płyt znacznie wzrośnie (patrz: Britney Spears, Madonna). Jakże myliłem się wtedy o Björk...

Można powiedzieć, że jest film jest bardzo prosty, nawet w pewnych momentach naiwny. Nie należy do filmów "na myślenie", ale bardziej do tych "na przeżycie". Jest w całości zbudowany z uczuć, emocji, które daleko wykraczają poza rozum i racjonalność. "Tańcząc w ciemnościach" wraz z filmami "Przełamując fale" i "Idioci" opowiadają historię kobiet, które w imię miłości gotowe są poświęcić wiele. Naprawdę wiele. Wszystkie trzy łączy pojmowanie miłości jako rzecz nadrzędną, absolutną. Są one niewinne i czyste jak łza i ich poświęcenie wydaje się mistyczne. Ta czystość stawia je w opozycji do świata, który uważa je za kobiety szalone i wręcz nieobliczalne. Każda bohaterka składa największą ofiarę z możliwych - samą siebie. O Bess z "Przełamując Fale", Karen z "Idiotów" i wreszcie Selmie z "Tańcząc w ciemnościach" można powiedzieć, że są męczennicami XXI wieku. Lecz historia męczennicy Selmy wydaje się być najbardziej przejmująca.

Lars von Trier ogranicza się w filmie do niezbędnego minimum. Film kręcony jest kamerą "z ręki", wszystko jest proste, nie ma zbędnych efektów specjalnych, pustych konwencji, nadmiaru techniki oraz tego wielkiego hollywoodzkiego blichtru. Minimalizm jest tutaj rzeczą nadrzędną i to on nadaje charakteru całemu filmowi, który nie posiada certyfikatu Dogmy. Reżyser nie trzyma się kurczowo zasad manifestu, którego jest współautorem. Jest jednak wierny jednemu, temu, co w Dogmie najważniejsze: odrzuca wszystko, co w kinie jest zbędnym bagażem.

Czas najwyższy przejść do Björk. Brak mi słów, aby wyrazić, co myślę o jej roli. Widać, że artystka włożyła wiele serca i uczuć wcielając się w główną bohaterkę. Są one niemal jednością, czymś idealnym. Dzisiaj nie wyobrażam sobie, że ktoś inny mógłby zagrać Selmę. Jej postać w wykonaniu Björk na bardzo długo zapisze się w historii aktorstwa. Złota Palma jest jak najbardziej zasłużoną nagrodą. Oczywiście reszcie obsady również nie mogę niczego zarzucić... David Morse, Peter Stormare, Catherine Deneuve oraz mało znana Cara Seymour byli wspaniałym dopełnieniem.

Von Trier nadaje swojemu musicalowi rangę opery. Nieprzypadkowo na początku filmu pojawia się uwertura. Chce on nadać filmowi właśnie taki charakter, charakter dziedziny sztuki, która w XVIII wieku była królową sztuk. Sceny zbiorowe w filmie zasługują na największe brawa. Swoją widowiskowością dorównują wielu znanym hollywoodzkim produkcjom. Co prawda von Trier nie miał do dyspozycji zbyt wielkiego budżetu ani najznakomitszych gwiazd, to jednak z pomocą Björk i genialnie dobranych kompozycji instrumentalnych oraz wielkiej pasji do robienia filmów udało mu się stworzyć prawdziwe dzieło. Arcydzieło.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 67% uznało tę recenzję za pomocną (18 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (4)