Recenzja filmu Mulholland Drive (2001)
David Lynch

Mistrz iluzji na Mulholland Drive

Są filmy, które się ogląda. W domu czy w kinie, najlepiej w gronie znajomych osób koniecznie dzieląc się wielką paczką popcornu i dietetyczną colą. Ogląda się je i zapomina. Ale są też filmy, ...
Filmweb sp. z o.o.
Są filmy, które się ogląda. W domu czy w kinie, najlepiej w gronie znajomych osób koniecznie dzieląc się wielką paczką popcornu i dietetyczną colą. Ogląda się je i zapomina. Ale są też filmy, które wciągają od pierwszej minuty, zmuszają do śledzenia akcji, intrygują, pożerają widza i powoli przetrawiają jego umysł. Po takich filmach niemożliwe jest spokojne powrócenie do rzeczywistości. Takie filmy zostają z nami na długo, nie pozwalają o sobie zapomnieć i doprowadzają do swoistej, kinowej psychozy. Ladies and gentlemen, przed państwem: "Mulholland Drive"!

Na wstępnie zaznaczę, że nie jestem fanką Lyncha. Mogę nawet zostać uznana za ignorantkę, bo "Mulholland Drive" to pierwszy film tego reżysera, po jaki sięgnęłam. I zabieram się do napisania recenzji zaraz po obejrzeniu. Wiem, że wielu wiernych widzów filmów Lyncha uważa, że te obrazy należy interpretować dopiero po około pięćdziesiątym seansie, bo wcześniej nic się z nich nie zrozumie. Moim zdaniem nie należy próbować ich zrozumieć. To są dzieła, które się przeżywa. Nie mają być spójne czy zrozumiałe z założenia, żeby dać pole najróżniejszym interpretacjom i żeby każdy mógł w przedstawianych postaciach znaleźć coś, co odnosi się do niego.

Już samo miejsce akcji odzwierciedla marzenia około połowy populacji naszego globu (tej połowy, która wie, czym jest telewizja) - Hollywood. Los Angeles jako miasto cudów, miejsce spełnienia wszystkich marzeń szczególnie tych odnoszących się do spektakularnej kariery i wielkich pieniędzy. Takie cele życiowe ma także Betty (Naomi Watts) przybywająca do Miasta Aniołów, aby zostać aktorką. I nie tylko udaje jej się w rekordowym tempie udowodnić swój talent najbardziej wpływowym rekinom kina, ale także zakochać się z wzajemnością w tajemniczej nieznajomej (znakomita Laura Harring).

Zbyt piękne, żeby było prawdziwe? Zdecydowanie. Lynch (oczywiście po przedstawieniu mnogich wątków niezbyt na razie związanych z główną fabułą) sugeruje, jakoby wszystko to było iluzją. W rzeczywistości kariera Betty nie rozwija się w ogóle, a jej ukochana planuje ślub ze znanym reżyserem. Ciekawe jest samo przedstawienie postaci kochanki głównej bohaterki nazwanej we śnie Ritą. Jako wytwór chorej wyobraźni Betty Rita jest zagubioną ofiarą wypadku samochodowego, która straciła pamięć, nie wie, jak się nazywa i gdzie mieszka, a w torbie ma ogromną ilość pieniędzy. We śnie czy, jak interpretują inni, w przedśmiertnych majakach, czy upojeniu alkoholowym, Betty jest dla Rity wszystkim - pomaga jej odnaleźć się w świecie, gdzie Rita literalnie jest nikim. W rzeczywistości to właśnie ona jest niezależną i uwielbianą gwiazdą, której jednowymiarowa i smętna postać Betty po prostu się znudziła. Jak się później okaże, wszystkie te aspekty mają symboliczne znaczenie i naprowadzają widza na różne teorie. Niestety, wszystkie zmierzają do nieuchronnego końca. Po raz kolejny udowodniono nam, że życie nie jest piękne, kolorowe i łatwe. A jeżeli tak jest to znaczy, że zaraz się obudzimy albo wytrzeźwiejemy.

Long story short - "Mulholland Drive" jest filmem o odmętach ludzkiej psychiki, w której grzechy przedstawione są jako ginące ciało, a poczucie winy to para starych ludzi, która dopadnie ofiarę nawet w zamkniętym domu. Jest to dzieło z pogranicza snu i jawy mające ukazać analizę osobowości człowieka dążącego za wszelką cenę do kariery, pragnącego wszystkiego, a nie mającego nic. Pokazuje, jak małe wybory i niewinna, naturalna i czysto ludzka chęć dążenia do doskonałości może zrujnować życie we wszystkich jego sferach. Jak bardzo można być zdeterminowanym, aby zmienić rzeczywistość poprzez kreowanie jej alternatywnego obrazu i zatapianie się w nim. Do tego stopnia, że nie wiadomo, co tak naprawdę zdarzyło się na Mulholland Drive.

Na uwagę zasługuje również fakt, że ponad dwugodzinny film ogląda się niemalże jednym tchem, a do tego cały czas otacza nas aura tajemniczości i zbrodni. Coś dla koneserów thrillerów i zagadek detektywistycznych w jednym. Jak również dla wszystkich którzy myśleli, że kino już ich niczym nie zaskoczy, a motyw snu był przez reżyserów wałkowany niezliczoną ilość razy i na tę samą modłę. Może to być dla nich naprawdę inspirujące zaskoczenie.

Nie zinterpretuję tego filmu. Nie odpowiem na pytanie, po co była każda z poszczególnych scen i nie odkryję wszystkich symboli w nich zawartych. Nie nakreślę profilu psychologicznego każdego bohatera. Po pierwsze dlatego, że to zbędne, aby odebrać film, a po drugie dlatego, że nie sądzę, aby to było możliwe. Myślę, że nawet sam mistrz Lynch nie pokusiłby się o to. Myślę, że on lubi, jak widzowie się gubią, jak sami zatracają granicę między rzeczywistością a fikcją. Jak kurczowo trzymają się jakiejś tezy, rozwiązania, jak rozpaczliwie poszukują spójności, sensu. To całkowicie zbędne. "Mulholland Drive" jest moim zdaniem arcydziełem właśnie dlatego, że jest pogmatwane, brudne, niespójne, krzyczące, nie dające się łatwo zamknąć w jakiejś szufladce. Dlatego, że zostaje z nami na długo po tym, jak z ekranu znikną napisy końcowe. I mamy wrażenie, że właśnie doświadczyliśmy na własnej skórze sztuczki jakiegoś wybitnego iluzjonisty. Bo wszystko jest iluzją. Nie ma zespołu ani orkiestry. Koniec przedstawienia - czas na powrót do przerażającej rzeczywistości.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 85% uznało tę recenzję za pomocną (149 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)