Recenzja filmu Gwiezdne wojny: Część IV - Nowa nadzieja (1977)
Agnieszka Zwolińska
George Lucas

Mit ery Wodnika

"Gwiezdne wojny" wywołały szaleństwo tłumów, jakiego "świat nie widział i czasy nie pomną". Puste dotąd kina zapełniały się już po poprzednim seansie, na film chodziły wszyscy, dorośli, dzieci, ...
Filmweb sp. z o.o.
"Gwiezdne wojny" wywołały szaleństwo tłumów, jakiego "świat nie widział i czasy nie pomną". Puste dotąd kina zapełniały się już po poprzednim seansie, na film chodziły wszyscy, dorośli, dzieci, rodziny... Ostatecznie w czasie jego triumfalnego pochodu po ekranach widziało go około czterystu czterdziestu milionów ludzi (zakładając, że każdy wchodził legalnie) i pod względem widowni "Nową nadzieję" wyprzedza tylko "Przeminęło z wiatrem". Na tym jednak gorączka się nie skończyła. Miliony ludzi zaczęły zachowywać się, mówić, a pewnie nawet myśleć jak postacie z filmu. A już wkrótce fenomen "Gwiezdnych wojen" przekuty został na masową produkcję wszelkiego typu gadżetów, strojów, ozdób... (z których większość nigdy do Polski nie trafiła, ale to już inna bajka). I co jeszcze ważniejsze, mimo iż od premiery "Nowej nadziei" minęło sporo czasu, film wciąż cieszy się niesłabnącym powodzeniem, uważany jest za jeden z najważniejszych obrazów w historii kina, a jego wpływ na kulturę i pop-kulturę jest wciąż niewiarygodny.

Więc choćby nie wiem jak się zapierać, film, który wywołał i wywołuje prawdziwy obłęd u milionów (a zapewne już miliardów) widzów, musi się czymś wyróżniać. I wyróżnia się. Bardzo łatwo jest choćby zauważyć, czym różni się od "ciężkiego" kina lat siedemdziesiątych już w samym sposobie opowiadania historii. W przeciwieństwie do wielu obrazów takich twórców, jak Fellini czy Antonioni, pozornie nie ma jednej złożonej postaci, a sama fabuła jest prosta jak budowa cepa. I to jest jeden z największych walorów, bowiem cała ta historia, może właśnie paradoksalnie, jest jak najbardziej normalna, a bohaterów nieraz określić inaczej niż "swoje chłopaki". Dziś, kiedy "Gwiezdne wojny" przestały być "postrachem krytyków", wielu z nich przyznaje otwarcie, że koniec końców miliony ludzi chciały być takim Lukiem / Hanem / Obi-Wanem / Leią (niepotrzebne skreślić) i przeżywać wszystkie te ich przygody. Pod tym względem spełniło się marzenie Lucasa, dał milionom widzów historię, której każdy pragnie.

Bohaterowie jednak bohaterami, ale równie ważny jest cały świat odległej galaktyki. Lucas nie jest oczywiście geniuszem na miarę Tolkiena (wystarczy powiedzieć, że cała historia ogranicza się do stwierdzenia, że kiedyś była dobra Republika, ale teraz jest złe Imperium, hmm), ale ten świat "żyje". Reżyserowi udało się stworzyć normalną rzeczywistość, a o tym jak sprawiał, że wszystkie kosmiczne gadżety nie wyglądały, jak zrobione przed chwilą, krążą legendy (choć z wadliwością Sokoła Millenium chyba przesadził w drugą stronę). Niektóre z tych bajerów Lucas miał zasypywać piaskiem, tarzać się po nich, traktować je... zresztą mniejsza czym, w każdym razie przedstawiony świat nie razi nowością, tam wszystko po prostu jest.

I jeszcze jedna sprawa. Jeśli się mówi o "Gwiezdnych wojnach" nie sposób nie wspomnieć o efektach. O ile umiejętności literacko-reżyserskie Lucasa mogą pozostawiać wiele do życzenia, o tyle jego pedantyzm techniczny (o którym już trochę powiedziałem) naprawdę budzi podziw. W czasach, kiedy kręcił "Nową nadzieję", efekty, jakie sobie zamarzył uchodziły za niemożliwe do wykonania. Ale dla upartego Amerykanina zdawało się nie istnieć takie słowo, to że nikt nie wiedział, jak stworzyć takie Imperium nie znaczy, że on tego nie wie. I stworzył. Ręcznie robione makiety wszystkich wielkich maszyn do dziś robią wrażenie, a stworzona specjalnie do ich wykonania ILM jest absolutnym hegemonem na rynku efektów specjalnych (parafrazując wojenne powiedzonko "rzeczy niemożliwe robią od ręki, a na cuda trzeba tylko trochę poczekać").

No i fabuła. Niezależnie od całej tej pracy włożonej w "Gwiezdne wojny" (tutaj konkretnie "Nową nadzieję"), każdy film, żeby przetrwać, musi coś przekazywać (poza oczywiście filmami takiego choćby Eda Wooda, które przetrwały właśnie dlatego, że są beznadziejne). I "Nowa nadzieja" ten warunek spełnia. Film mówi nam, że pragnienie polepszenia swego życia jest jak najbardziej słuszne i tylko życiowa aktywność pozwoli nam cokolwiek osiągnąć. No i oczywiście Moc (a może nawet Szmoc), nietrudno się chyba domyślić, że w historii, w której cały czas się o niej mówi, musi coś znaczyć. I znaczy, powołując się na Obi-Wana należy stwierdzić, że Moc to coś, co pozwala nam czynić więcej, niż możemy normalnie. Nie jest ona jednak za darmo, żeby posługiwać się Mocą, trzeba mieć silny umysł i dużo samozaparcia. Ale jest to możliwe. I doprawdy nie sposób wprost pojąć, jak można nie zrozumieć tak prostej metafory ludzkiej charyzmy, siły i umiejętności, zwłaszcza, że w tak zwanym "realu" można niemal odczuć, jak silne osoby kreują wokół siebie coś, co trudno wręcz określić inaczej niż... Moc.

I choć sama historia wydaje się na wskroś romantyczna, od wielkiej przygody aż po niektóre kwestie mówiące o wyższości uczuć nad zmysłami, to właśnie ta wiara w pragmatyczną Moc zdaje się najważniejszym elementem "Gwiezdnych wojen" (a przynajmniej tej części).
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 85% uznało tę recenzję za pomocną (71 głosów).
_Andrzej_
ocenia ten film na:
1 10 10/10 arcydzieło!

przeczytaj również recenzje użytkowników (4)