Recenzja filmu Zło we mnie (2015)
Oz Perkins

Mroczny przedmiot pocieszenia

"Zło we mnie" to film powolnego, celebrowanego tempa. Zamiast wyskakujących co krok diabłów z pudełka dostajemy obezwładniający, narastający niespiesznie nastrój grozy. Kamera Perkinsa rejestruje ...
Filmweb sp. z o.o.
Katherine, uczennica szkoły z internatem, zaznacza dni w kalendarzu. Walentynki już z głowy, zaraz zaczną się fermie zimowe. Jest luty. Dziwny miesiąc: najkrótszy w roku i kapryśny, bo z ruchomą liczbą dni. Niby rozpala serca dniem zakochanych, ale i wystawia na próbę cierpliwość, przeciągając w nieskończoność wizytę zimy. Nieprzypadkowo pogrążony w depresji Phil Connors z "Dnia świstaka" – w samym środku tytułowego, oczywiście lutowego, święta – przepowiadał zimę, która będzie "długa, mroźna i potrwa do końca waszego życia". Luty przypomina poczekalnię między dwiema porami roku, puste miejsce w kalendarzu, z lewa i prawa obwarowane przez bardziej doniosłe czasy. Nic zatem dziwnego, że oryginalny anglojęzyczny tytuł horroru "Zło we mnie" brzmiał właśnie "February" (potem zmieniono go na "Blackcoat's Daughter"). Reżyser-debiutant, Oz Perkins, twórczo wykorzystuje tu ową lutową pustkę, znajduje w niej fundament ekranowej grozy. Zło rodzi się tu w krótkich zimowych dniach spędzonych na bezczynnym czekaniu, w opustoszałych korytarzach internatu, w nastoletnim poczuciu samotności. Tonący diabła się chwyta.


"Zło we mnie" przeplata losy trzech dziewcząt. Kat (Kiernan Shipka) i Rose (Lucy Boynton) to jedyne uczennice, które nie wyjechały jeszcze z internatu na przerwę zimową. Rodzice nie stawili się na czas, żeby je odebrać. Nie do końca wiadomo czemu, choć co najmniej jedna z dziewczyn zataja przed nauczycielami prawdę o nieobecności opiekunów. Tymczasem Joan (Emma Roberts) prawdopodobnie uciekła ze szpitala psychiatrycznego i próbuje dostać się gdzieś w okolice miasteczka, w którym znajduje się szkoła Kat i Rose. Jak łączą się oba wątki? Perkins celowo dawkuje informacje bardzo powściągliwie, szpikuje historię elipsami, nie dopowiada kluczowych szczegółów, a po jakimś czasie powraca do newralgicznych punktów fabularnych, pokazując je w innych kontekstach, z innego punktu widzenia. To film, który lepiej oglądać w ciemno (i po ciemku!), nie wiedząc za wiele o intrydze, pomału rozsupłując narracyjną pętlę.
 
Hipnotyzująca tajemniczość "Zła we mnie" bierze się stąd, że Perkins raz za razem wysyła nam sprzeczne sygnały, wywołując do tablicy kolejne klasyczne horrorowe tropy. Mamy więc charakterologiczny podział bohaterek na "dziewicę", "puszczalską" i "sierotkę", mamy postacie księdza oraz podejrzanie-dobrego-Samarytanina (świetnie obsadzony James Remar), mamy rozpuszczaną na szkolnym korytarzu plotkę o dwóch opiekunkach, które rzekomo czczą Szatana. Jest nawiedzająca Katherine wizja śmierci, nie wiadomo: wspomnienie, sen czy proroctwo; jest niechciana ciąża; jest antagonizm między pierwszakami (Kat) a starszakami (Rose). Trudno powiedzieć, co jest zmyłką, ślepym zaułkiem, wytworem wyobraźni. Oglądając film, odhaczamy w głowie kolejne możliwości: czy to opowieść o zemście, opętaniu, seryjnym mordzie, molestowaniu, depresji, chorobie psychicznej? A mimo to "Zło we mnie" nigdy nie zamienia się w cyniczną żonglerkę konwencjami. To niezwykle organiczna, skupiona całość.


W istocie, od pytania o fabularne "co?" ważniejsze jest tu pytanie o realizacyjne "jak?". "Zło we mnie" to film powolnego, celebrowanego tempa. Zamiast wyskakujących co krok diabłów z pudełka dostajemy obezwładniający, narastający niespiesznie nastrój grozy. Kamera Perkinsa rejestruje szaroburą pustkę szkolnych wnętrz, ale regularnie pozbawia nas dostępu do rozstrzygających faktów. Zamiast dawać odpowiedzi, ucieka w cień, w szybkie cięcie montażowe, nieraz zadowala się ujęciem czyjejś reakcji, nie zdradzając, co (kto?) czai się po drugiej stronie osi. Reżyser wie, że straszne jest to, co nieznane i obce, co często po prostu wyobrażone. Dlatego też więcej tu słychać, niż widać. Ekranową przestrzeń wypełniają spogłosowane w labiryncie internatu dźwięki, jakieś buzujące w tle diabelskie tony i ponure muzyczne plamy. Większość horrorów prowokuje widzów do wytężonej uwagi – ten nie jest wyjątkiem. Zazwyczaj jednak nasza koncentracja zostaje zaprzęgnięta co najwyżej do przewidywania następnego czającego się za węgłem straszaka. "Zło we mnie" tymczasem wymaga chęci odczytywania kolejnych niewerbalnych komunikatów. 


Perkins jest synem Anthony'ego, tego z "Psychozy", i chlubnie podtrzymuje dziedzictwo Normana Batesa. Jak u Hitchocka, mrok czai się u młodego reżysera pod niepozorną powierzchnią, kiełkując stopniowo w samotni ludzkiego umysłu. Na świeżych, niewinnych twarzach swoich aktorek debiutant bezbłędnie odmalowuje ambiwalentne tony – od bezbronnej dziewczęcości przez zacięty bunt podlotka po młodzieżowy spleen – znajdując gdzieś pomiędzy podatność na wpływ zła. Niczym twórca "Psychozy", Perkins nie zapomina o ludzkim fundamencie ekranowych dreszczy, o (w sumie przewrotnej) empatii, nie ucieka w czysty eksces i zabawę formą. Gdyby szukać innych powinowactw filmu, znaleźlibyśmy w "Złu we mnie" Lynchowski ekspresjonizm i takąż grozę, rodzącą się znienacka w niezręcznej rozmowie między dwojgiem ludzi. Powolne tempo, programowa "niezależna" surowość i atmosfera "rozproszonego podejrzenia" kojarzą się z kolei ze świetną "Czarownicą" Roberta Eggersa. Z Eggersem łączy Perkinsa jeszcze coś: panowie nakręcili brawurowe horrorowe debiuty, oba dyskretnie przewartościowujące moralną wykładnię gatunku, oba pokazujące, że zło może nieść paradoksalne pocieszenie. Aż strach, co dalej.   
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 82% uznało tę recenzję za pomocną (131 głosów).
Jakub Popielecki
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry