Recenzja filmu Storm. Opowieść o odwadze (2017)
Dennis Bots

Na ratunek reformacji

Film Dennisa Botsa wchodzi do polskich kin w odpowiednim czasie. Alternatywna wersja opowieści o reformacji i początkach rewolucyjnej metody druku to dobra propozycja dla dzieciaków, które ...
Filmweb sp. z o.o.
Film Dennisa Botsa wchodzi do polskich kin w odpowiednim czasie. Alternatywna wersja opowieści o reformacji i początkach rewolucyjnej metody druku to dobra propozycja dla dzieciaków, które właśnie rozpoczynają ferie – dzięki "Stormowi" uzupełnią i utrwalą szkolną wiedzę, a jest też szansa, że będą się przy tym dobrze bawić.


Akcja "Storma" rozgrywa się w XVI wieku w Antwerpii, która w owym czasie była jedną z najważniejszych pod względem gospodarczym i kulturowym europejskich metropolii. Tytułowy Storm to dwunastolatek pomagający swojemu ojcu w drukarni. Z krótkich scenek i rzuconych niby mimochodem wypowiedzi dowiadujemy się, jak trudne i pracochłonne było wówczas wydawanie książek. Co więcej, sam biznes ze względu na ubóstwo społeczeństwa nie zawsze się opłacał, a był przy tym bardzo ryzykowny. Obecność szerzących się w tym okresie najróżniejszych ruchów religijno-społecznych skierowanych przeciwko Kościołowi katolickiemu prowokowała liczne oskarżenia o herezję – szczególnie względem tych, którzy posiadali tak niebezpieczną dla władzy umiejętność, jak utrwalanie na papierze mówionego słowa. Tak się składa, że ojciec Storma należy do tych niepokornych, mających dość nadużyć ze strony papieża. Wkrótce w ręce mężczyzny trafia manifest Marcina Lutra – ten sam, który zapoczątkował zmiany w świecie chrześcijańskim. Dość powiedzieć, że konspiracja zostaje ukrócona, a jedyną osobą mogącą uratować reformację, staje się Storm. I jego nowo poznana nastoletnia przyjaciółka Marieke.


Uczciwie trzeba zaznaczyć, że widzowie nie poznają za sprawą "Storma" zniuansowanych faktów leżących u podstaw ruchu reformatorskiego Marcina Lutra. Nie dowiedzą się też, kim ów Luter był – poza tym, że pełnił ważną funkcję, skoro bohaterowie wymawiają jego nazwisko z takim nabożeństwem. Z filmu Botsa najwięcej wyniosą ci, którzy już coś o reformacji wiedzą – "Storm" pomoże im osadzić zdobytą wiedzę w konkretnym czasie i konkretnej scenografii. A trzeba przyznać, że świat przedstawiony w "Stormie" jest dość bogaty i szczegółowy. XVI-wieczna Antwerpia jest tu pełna błota, śmierdzących ścieków i ciemnych uliczek, a błąkające się po niej dzieciaki nie mogą liczyć na niczyje współczucie. Na szczęście ścigani przez żołnierzy inkwizycji Storm i Marieke radzą sobie całkiem nieźle – do tego stopnia, że okazują się odważniejsi i sprytniejsi niż sparaliżowani strachem dorośli. Nie zdradzę zbyt wiele, pisząc, że w tej wersji historii, gdyby nie ta dwójka, losy Europy mogłyby się potoczyć zupełnie inaczej. 

"Storm" ma oczywiście wszystkie wady niskobudżetowych produkcji – niespecjalnie udane efekty komputerowe, nieszczególnie zaangażowanych w swoje role aktorów – z wyjątkiem grających Storma i Marieke Davy'ego Gomeza i Juny de Leeuw, którzy są i przekonujący, i bardzo uroczy – a także przeciętną, przewidywalną intrygę. Nie jest to też na pewno film, o którym dzieciaki po powrocie z ferii będą sobie opowiadały w szkole. Ale w obliczu przeciągającej się nudy i przy odrobinie dobrej woli seans może się okazać wzbogacającą rozrywką.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 57% uznało tę recenzję za pomocną (7 głosów).
Dorota Kostrzewa
ocenia ten film na:
1 10 5/10 średni