Recenzja filmu Bękarty (2017)
Lawrence Sher

Na tropie ojca

"Bękartom" bliżej do słodko-gorzkiego dramatu na temat istoty więzów rodzinnych, poszukiwania tożsamości i budowania poczucia własnej wartości. I co ma z tym fantem zrobić widz nastawiony na ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Bękarty (2017)
Wydawać by się mogło, że debiutancki film Lawrence'a Shera – operatora wszystkich części "Kac Vegas" – w którym gra w dodatku jedna z gwiazd cyklu, będzie podobnie niepoprawną, wywrotową komedią. Szczególnie że zwiastun zapowiada bezkompromisowe żarty z figury matki i innych rodzinnych świętości. Tymczasem – mimo przekraczania tabu – "Bękartom" (angielski oryginalny tytuł "Bastards" został, co znaczące, ostatecznie zmieniony na "Father Figures") bliżej do słodko-gorzkiego dramatu na temat istoty więzów rodzinnych, poszukiwania tożsamości i budowania poczucia własnej wartości. I co ma z tym fantem zrobić widz nastawiony na niezobowiązującą zabawę?


Tytułowi bohaterowie to dwaj dorośli bliźniacy podobni do siebie jak pies do kota. Grany przez Eda Helmsa Peter jest zgorzkniałym, rozwiedzionym i znudzonym swoją pracą proktologiem. Kyle Owena Wilsona to natomiast typ wiecznie zadowolonego szczęściarza, który o nic się nie martwi i zawsze dostaje to, co najlepsze. Jak zapewne się domyślacie, bracia niezbyt za sobą przepadają. Gdy przyparta do muru matka (Glenn Close) wyjawi im w końcu, że tak naprawdę ich ojciec nie umarł na raka okrężnicy, a na zdjęciu, które noszą przy sercu od czterdziestu lat, jest jej kolega z dawnych lat, obaj poczują, że ich tożsamość właśnie się rozpadła. Wyprawa w poszukiwaniu prawdziwego ojca stanie się dla nich szansą na oczyszczenie relacji i zbudowanie siebie na nowo.

Uczciwie trzeba przyznać, że w filmie Shera oraz scenarzysty Justina Malena ("Firmowa Gwiazdka") jest kilka obrazoburczych motywów. Na przykład wątek rozwiązłej matki, która tak dobrze bawiła się w latach 70., że nie potrafi powiedzieć z całą pewnością, kto jest ojcem jej dzieci. Co więcej, o niezwykłych umiejętnościach kobiety krążyły legendy… Będą też dowcipy z sikania na dziecko i z tego, że dla białych każdy czarny łapiący stopa to na pewno seryjny morderca.


Czy ten typ żartów bywa zabawny, to kwestia drugorzędna. W "Bękartach" wydają się one jednak wrzucone na siłę. Ciężar poruszanych przez twórców tematów bywa bowiem momentami duży (patrz: kilkuminutowa rozmowa bohaterów na temat poszukiwania w życiu figury ojca). Kiedy więc poważne sceny przeplatane są wulgarnymi dowcipami, do śmiechu wcale nie jest. Gdyby usunąć z fabuły – skądinąd nie tak liczne – gagi i podmienić grających główne role Helmsa i Wilsona na aktorów o mniej jednoznacznym emploi, "Bękarty" mogłyby się stać jednym z tych z sundance'owych ciepłych komediodramatów na trudne tematy. Szczególnie że na drugim planie znajdują się wspaniałe, utalentowane gwiazdy.

Glenn Close jako dojrzała kobieta, która zawsze żyła pełnią życia i niczego nie żałuje, jest zachwycająca. Szkoda więc, że nie trafiła na lepszy scenariusz. Dobre wrażenie robi też J.K. Simmons w komediowym wydaniu. Nawet obecność będących w słabszej formie Christophera Walkena i Terry'ego Bradshawa (grającego tutaj samego siebie) sprawia, że "Bękartom" można sporo wybaczyć. Ostatecznie bowiem płynące z filmu refleksje – na przykład jak bardzo obraz rodzica ma wpływ na własną samoocenę – są niebanalne i zostają w głowie jeszcze długo po seansie.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 75% uznało tę recenzję za pomocną (16 głosów).
Dorota Kostrzewa
ocenia ten film na:
1 10 5/10 średni