Recenzja filmu Człowiek z magicznym pudełkiem (2017)
Bodo Kox

Nastrój na jutro

"Człowiek z magicznym pudełkiem" jest dystopijną love story, w której stalinowskie lata pięćdziesiąte i Polska A.D. 2030 – wyraźnie "dobrozmianowa", choćby za sprawą podsycanej przez władze fobii ...
Filmweb sp. z o.o.
W Warszawie roku 2030 ludzie dzielą się na dwie podstawowe kategorie: szczury i korposzczury. Ci pierwsi mieszkają w rozsypujących się kamienicach i betonowych blokach, wyrastających jakby wprost z bezkresnego wysypiska śmieci. Do mieszkań tych drugich nie mamy nawet dostępu, ale przyglądamy się bardzo dokładnie ich miejscom pracy, przypominającym z lekka podrasowane biznesowe zagłębie, znane już dziś jako "mordor". Jest autorskim zamysłem Bodo Koksa, by uczynić obydwa te światy równie nieapetycznymi i niezdatnymi do życia. I zapytać, czy jakakolwiek "trzecia droga" jest w ogóle możliwa w świecie kapitalizmu jeszcze późniejszego niż nasz.


"Człowiek z magicznym pudełkiem", pierwszy pełnometrażowy film napisany i wyreżyserowany przez Koksa od czasu "Dziewczyny z szafy" (2012), to autorskie science fiction, w którym cały świat przedstawiony – od szklanych wieżowców po zatęchłe zaułki – wydaje się skąpany we łzach. Ten melancholijny i delikatny film, misternie tkający złożoną (i utrudniającą bezspoilerowe recenzowanie) czasową pętelkę, zasługuje na duże uznanie – a mimo to obawiam się o jego rodzimą recepcję, tak jak swego czasu obawiałem się o to, jak zostaną przyjęte w Polsce "Córki dancingu" (2015). Tak jak Agnieszka Smoczyńska, tak i Kox ma odwagę śnić zamaszyście i intensywnie – tak jakby ograniczenia krajowego podwórka w ogóle go nie dotyczyły.

Bohaterem "Człowieka…" jest wielkooki, poruszający się jakby w zwolnionym tempie Adam: tajemniczy milczek o aparycji Piotra Polaka (dość późno odkrywanego dla kina aktora teatralnego, znanego z ról w eksperymentalnych spektaklach Warlikowskiego i Lupy). W roku 2030 widzimy go, jak otrzymuje mieszkanie z przydziału i rozpoczyna pracę jako sprzątacz w korporacyjnym biurze – na plecach jego uniformu nie widnieje nazwa firmy, a jedynie wielki kod QR. Po świecie korpo oprowadza Adama niejaki Bernard (Sebastian Stankiewicz), okrągły i mrugający jakby na zawołanie ludzki trybik, którego największym szczęściem jest obracanie się w możliwie idealnej harmonii z innymi trybikami.


I wreszcie jest ona: Goria (Olga Bołądź), błyskotliwa korpo-suka, która Adama najpierw poniża, następnie zaczyna z nim regularnie spółkować (czasami na tle walących się w gruzy wieżowców, ciut nazbyt jawnie nawiązujących do "Podziemnego kręgu"). Powoli rodzi się między nimi uczucie – a że status, by tak rzec, temporalny Adama nie jest jednoznaczny, także Goria zacznie wkrótce doświadczać przeskoków do roku 1952, które nękają sny i jawę mężczyzny – a widza prowokują do układania kolejnych, przemyślnie podsuwanych przez reżysera puzzli w spójny (co najmniej trójwymiarowy) obrazek.

Koniec końców "Człowiek z magicznym pudełkiem" jest bowiem dystopijną love story, w której stalinowskie lata pięćdziesiąte i Polska A.D. 2030 – wyraźnie "dobrozmianowa", choćby za sprawą podsycanej przez władze fobii antyimigranckiej – przeglądają się w sobie wzajemnie. Kox sięga po tropy znane z "Brazil" (1985) Gilliama, mruga okiem do "Łowcy androidów" (1982) Scotta i do "Delicatessen(1991) Jeuneta i Caro – ale zarazem buduje wizję bardzo oryginalną i własną. Jego Warszawa przyszłości jest skąpana nie tylko w unoszącym się wszędzie dymie i kurzu, ale przede wszystkim nabrzmiewa wszechobecnymi falami radiowymi, które – raz przechwycone przez bohatera za pomocą starego odbiornika (do niego odsyła tytuł) – okażą się nitkami prowadzącymi do centrum narracyjnego kłębka. Dla Koksa to właśnie radiowe fale – echa zaśpiewanych piosenek i dawno wygasłych zdań – oferują możliwość odbudowania utraconej tożsamości, czego najbardziej efektownym przykładem jest oryginalne użycie "Krakowskiego spleenu" grupy Maanam, wyśpiewanego głosem Kory i ustami aktorki Heleny Norowicz songu-zaklęcia, mającego wyzwolić zaczadzoną rzeczywistość od "ciemnych, skłębionych zasłon".


"Człowiek z magicznym pudełkiem" to kolejny już – po "Hiszpance" (2015) Łukasza Barczyka i "Demonie" (2015) Marcina Wrony – nowy polski film stanowiący coś w rodzaju seansu spirytystycznego: teraźniejszość i przeszłość są w nim splątane w niemożliwym do rozczepienia uścisku. Można dyskutować, na ile aktualne odniesienia polityczne u Koksa faktycznie działają, a na ile (jak w scenie "z broszką") pobrzmiewają "Uchem prezesa". Ale nie da się zaprzeczyć, że film ten jest domkniętą i bardzo osobista wizją, której największym atutem jest dziwny, depresyjny liryzm – nota bene świetnie podkreślany przez rozlewną, nagrodzoną na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni muzykę Sandro di Stefano (chwilami przywodzącą na myśl kompozycje Pino Donaggio).

Jeśli można w przypadku tego filmu mówić o jednym ewidentnym objawieniu, to jest nim Sebastian Stankiewicz w drugoplanowej roli Bernarda, który – podobnie jak wszystko inne w "Człowieku…" – ujawnia w ostatniej jednej trzeciej opowieści zaskakująca prawdę o sobie. Stankiewicz, znany szerzej z ról z pogranicza kabaretu i zgrywy (jego wuefista Miecio stał się wręcz kultowy), wygrywa komiczny autyzm Bernarda w świetnej synchronii z flegmą i zagubieniem Piotra Polaka (jak najbardziej wyobrażam sobie polską wariację na temat "Blues Brothers" z tym duetem w rolach głównych).

Moja prognoza jest taka, że film ten będzie miał pod górkę w polskim box offisie, zorientowanym na agresywne kino w stylu (bronionego zresztą przeze mnie) Patryka Vegi, ale że doceni go zagranica – a u nas powolutku będzie rosnąć jego reputacja jako filmu kultowego. Od czasu "Golema" (1979) Piotra Szulkina nie było w polskim kinie tak brawurowej próby splecenia "dziś" z "wczoraj" w opakowaniu "jutra" – i już za to mam do Bodo Koksa wielki szacunek.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 77% uznało tę recenzję za pomocną (87 głosów).
Michał Oleszczyk
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry