Recenzja filmu Symetria (2003)
Konrad Niewolski

Nie drynić przy otwartym

Polskie kino zaskakuje. Już myślałem, że będziemy skazani albo na kiczowate podróbki amerykańskich przebojów, albo trudne, zadufane w sobie pseudointelektualne gnioty. A tu taka niespodzianka - ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Symetria (2003)
Polskie kino zaskakuje. Już myślałem, że będziemy skazani albo na kiczowate podróbki amerykańskich przebojów, albo trudne, zadufane w sobie pseudointelektualne gnioty. A tu taka niespodzianka - dobry, wciągający film, po którym nastąpiła seria innych, jeszcze bardziej udanych obrazów. Zatem do rzeczy.

Z pozoru "Symetria" porusza jeden z ważnych problemów współczesnej Polski - resocjalizacji więźniów. Łukasz (Arek Detmer), bezrobotny absolwent Uniwersytetu, wzięty przez pomyłkę za sprawcę napadu trafia do aresztu śledczego. Obserwujemy jego przemianę z niewinnego, zastraszonego dzieciaka w pewnego siebie "gita", który nie waha się poświęcić swojej przyszłości dla więziennych zasad.

Z drugiej jednak strony film pośrednio dotyka także innego problemu - bezrobocia wśród młodych, inteligentnych ludzi oraz ich nieprzygotowania do życia społecznego. Szukający pracy Łukasz wciąż mieszka z mamą, nie ma swojej drugiej połowy (chyba, że lubi chodzić sam do kina), włóczy się samotnie po mieście. Zapewne idąc na studia myślał, że będzie kimś, lecz życie zweryfikowało jego marzenia. Stał się zwykłym, przeciętnym obywatelem duszącym się w sosie własnej niezaradności. Czy mamy powód by  się dziwić, że świadomie wybiera celę z grypsującymi więźniami? Grypsujący to elita więzienna - mówi naszemu bohaterowi spotkany w celi przejściowej Zborek. Łukasz na wolności był nikim, może los odmieni się w więzieniu...

Film ma klimat. Tworzą go zarówno rewelacyjne, oddające więzienną atmosferę zdjęcia Arkadiusza Tomiaka, jak i wyraziste postacie brawurowo zagrane przez aktorów. Świetny jest Borys Szyc, jako złodziejaszek Albert. Aktor gra tak, jakby od lat obracał się w środowisku osiedlowych dresiarzy - gesty, tembr głosu i spojrzenie są bardzo autentyczne. Andrzej Chyra pokazuje geniusz na miarę Zapasiewicza, wcielając się w postać Dawida - tajemniczego, zdystansowanego wobec swojego pobytu w areszcie mordercy gwałciciela swojej żony. Arek Detmer, jako Łukasz, początkowo nie przekonuje, jednak im głębiej w film, tym jest coraz lepiej (przede wszystkim świetnie zagrana scena załamania). Z zainteresowaniem ogląda się też więźniów podczas swych codziennych rytuałów obwarowanych surowymi zasadami - gdy ktoś korzysta z latryny, nie wolno ani jeść, ani pić (czyli "drynić przy otwartym"). Wszystko jest bardzo autentyczne. Zapewne dlatego, że reżyser i jednocześnie scenarzysta (Konrad Niewolski) siedział kiedyś w więzieniu. Na dodatek zdjęcia robiono nie w studiu filmowym, lecz w areszcie Warszawa-Białołęka.

Film ma jedną, poważną wadę - fabułę. Składa się ona ze zbioru kilkunastu scenek w celi, którym nie towarzyszy żadna myśl przewodnia. Można by powiedzieć, że fabułą jest rozwój i przemiana głównego bohatera, ale to trochę za mało. Jeżeli widza nie wciągnie klimat i obserwacja relacji między szóstką więźniów, historia stanie się płaska, banalna, wręcz niegodna filmowania. Oznacza to tylko tyle, że jeżeli nie pierwsze dwadzieścia minut nas nie przekona, możemy spokojnie wyłączyć telewizor. Błogosławieni wrażliwi, albowiem oni zakochają się w "Symetrii" bez pamięci.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 93% uznało tę recenzję za pomocną (114 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (3)