Recenzja filmu Linia życia (2017)
Niels Arden Oplev

Nie ma światła w tunelu

Oryginał jechał na fali ówczesnej fascynacji śmiercią kliniczną, ale szybko tę pseudonaukę rozbrajał i zamieniał w teatr grozy rodem ze "Strefy mroku". Z kolei nowa wersja ujmuje i temat, i ...
Filmweb sp. z o.o.
Lubię klimat gotyckiej medycyny: oddział chirurgii w starym muzeum, sekcje zwłok przy świetle błyskawic, tajne eksperymenty pod okiem marmurowych gargulców. Dokładnie taka była "Linia życia" Joela Schumachera z 1990 roku – bliska teledyskom Alice'a Coopera czy Guns N' Roses, zalatująca cekinem i skórami, po rock'n'rollowemu kiczowata i właśnie przez to fascynująca. Jej współczesny remake nie zachowuje nic z najntisowej atmosfery – to produkt sterylny jak wnętrze ambulatorium i powściągliwy niczym psychiatra po dwudziestu latach pracy. Oryginał jechał na fali ówczesnej fascynacji śmiercią kliniczną, ale szybko tę pseudonaukę rozbrajał i zamieniał w teatr grozy rodem ze "Strefy mroku". Z kolei nowa wersja ujmuje i temat, i własną gatunkową formę z jakimś schizofrenicznym namaszczeniem: chce żyć w zgodzie z poważną medycyną, a jednocześnie zagrać modelowy horror z serii "zjawiska paranormalne". Taki brak konsekwencji w rękach zdolnego reżysera mógłby dać ciekawy efekt, szkopuł w tym, że "Linia życia" to typowy hollywoodzki półprodukt. Środki wykorzystano fabryczne, więc i z taśmy zjechała tandetna chimera: za dużo guseł na przekonujący dramat medyczny, za mało mroku na dobre kino grozy.     

photo.title

Fabuła jest w zasadzie identyczna jak w filmie Schumachera. Mamy paczkę studentów medycyny zafascynowanych tajemnicą śmierci klinicznej, którzy doniesienia o "światłach w tunelu" i "lewitujących duszach" chcieliby zweryfikować empirycznie. Nadambitna Courtney podstępem ściąga przyjaciół do opuszczonej pracowni radiologicznej i proponuje ryzykowny eksperyment. Plan jest prosty jak rwanie zęba: młodzi lekarze mają zatrzymać u dziewczyny akcję serca (oryginalny tytuł to "Flatliners" - od płaskiej linii na monitorze EKG), zarejestrować aktywność mózgu po ustaniu czynności życiowych i, jako punkt ostatni i najważniejszy, przeprowadzić udaną reanimację. Cała operacja nie może przekroczyć starotestamentowych czterech minut, ale za to nagrodą będą sława, pieniądze i lepsze stopnie na uczelni. No i element guślarski, bo czy można sobie wyobrazić, że kostucha pozostanie obojętna na takie cwaniactwo? Wiadomo, że w kinie balansowanie na granicy życia i śmierci to szeroko otwarta brama dla większego zła: katastrofy, obcej cywilizacji, demona lub zwyczajnych wyrzutów sumienia.

W oryginale motywacje studentów pozostawały czysto frankensteinowskie – stawką była odpowiedź na tak zwane pytania ostateczne: o istnienie duszy, obecność boga, przetrwanie umysłu po zniknięciu ciała. Istotny, choć mniej oczywisty, był kontekst przekraczania granic świadomości, obecny w psychodelicznej scenografii i światłach, a bliski rave'owej kulturze transu i halucynacji. U Nielsa Ardena Opleva mariaż The Prodigy z Paulo Coelho został uwspółcześniony i urealniony, ale także przeflancowany na modłę ulubionego w Hollywood tematu: mutacji i super mocy. Zamiast szalonych naukowców z gotyckich powieści dostajemy rodzaj pozagrobowego coachingu i boskiej iluminacji w jednym. Podczas kolejnych wycieczek w zaświaty bohaterowie zyskuje nowe połączenie neuronalne, a więc i nowe, bardzo budujące umiejętności. Nieśmiali stają się imprezowymi rekinami, mierni w nauce ewoluują w żywe podręczniki anatomii, zahamowani zaczynają czerpać przyjemność z przygodnego seksu. Nie chodzi już o głód poznania, lecz – i jest to chyba w nowych "Flatlinersach" najsmutniejsze – o zakup promocyjnego pakietu "psychoterapia + kurs szybkiego czytania". Prawdziwe zło, które wychyla łeb z niebieskiego supermarketu, nie jest więc w ogóle nadnaturalne, tylko przerażająco powszednie – to lista rad i ćwiczeń coacha Mateusza. Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy.


Cała reszta to tylko niezborne próby utrzymania konstrukcji w jako takim pionie. Wyścig szczurów i presja uczelni medycznej nie czynią filmowej historii bardziej wiarygodną. Pierwszy z brzegu przykład: wrażenia absurdu nie niweluje siwy profesor, który w XXI wieku, na supernowoczesnej, bogatej i prestiżowej uczelni, zaprowadza dyscyplinę kijem. Albo matka, która zamyka swoją 25-letnią córką w domu i przerabia z nią podręczniki do neuroanatomii. A jeszcze jest to wszystko bardzo przeciętnie zagrane, z charyzmą zrzędliwej recepcjonistki z przychodni NFZ (ach, gdzie ten Kiefer Sutherland i Julia Roberts z oryginału?). Jeśli pojawia się nadnaturalne, to tylko w formie kartek z powielacza, tak tanich i cienkich, że rwą się sekundę po zadrukowaniu. Czy na hasło "śmierć kliniczna" stają wam przed oczami białe tunele, migoczące galaktyki, mroczne, długowłose dziewczynki i kamera szybująca nad amerykańskimi drapaczami chmur? Twórcy "Linii życia" już rozdają odbitki.

Fiasko "grubej kreski" jest tym dotkliwsze, że ostatnio duża część z nas świętowała prawdziwe zmartwychwstanie najntisowo-ejtisowej nostalgii: udany remake "Tego" przywrócił zachwianą wiarę w sensowność filmowych "skoków do przeszłości". Zobaczyliśmy, że szacunek do oryginału i kreatywny łeb są w stanie z ramoty zrobić perłę. Nowi "Flatlinersi" to zły bliźniak tych sukcesów. Jego miejsce jest dokładnie po drugiej stronie "płaskiej linii" – niech sobie ściga to swoje białe światełko, byle dłużej niż cztery minuty. I oby nie znalazł się lekarz, który podejmie się wcześniejszej reanimacji.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 46% uznało tę recenzję za pomocną (54 głosy).
Marcin Stachowicz
ocenia ten film na:
1 10 3/10 słaby