Recenzja filmu Inferno (2016)
Ron Howard

Nie takie piekło straszne jak je malują

"Inferno" to trzecia ekranizacja bestsellerowej serii Dana Browna, o przygodach profesora Roberta Langdona. Sama książka była ciekawa, zawierała dużo zwrotów akcji, a tematyka idealnie nadawała ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Inferno (2016)

"Inferno" to trzecia ekranizacja bestsellerowej serii Dana Browna, o przygodach profesora Roberta Langdona. Sama książka była ciekawa, zawierała dużo zwrotów akcji, a tematyka idealnie nadawała się do stworzenia filmu. Czy Ron Howard sprostał zadaniu?
Wiadomo, że film nigdy w 100% nie odda zawartości książki. Dlatego istotnym zadaniem zarówno scenarzysty, jak i reżysera jest wybranie najważniejszych fragmentów i uwypuklenie ich tak, by widz miał wrażenie, że nie traci wiele z historii, którą miał okazję już czytać. Należy dodać lżejsze fragmenty i nie odbiegać od literackiego oryginału. Wydaje się proste, prawda?

Niestety filmowe "Inferno" poległo na każdym polu. Czytelnicy doskonale wiedzą, że książka opiera się o wizję piekła napisaną przez Dantego. Tematyka jest naprawdę świetna, a w historii kina mieliśmy już okazję widzieć "dom" Diabła w najróżniejszych wersjach. Największym problemem filmu jest to, iż całość potraktowano niezwykle powierzchownie. I nie chodzi tylko o przedstawienie piekielnych wizji, jakie Roberta Langdona nawiedzały w książce.

W każdej z książek Dana Browna jednym z najważniejszych elementów jest ciągłe uczucie rozwiązywania zagadki. W Kod da Vinci i Anioły i demony mieliśmy to świetnie ukazane. Czuliśmy, że Langdon jest wybitnym specjalistą, a opisane tajemnice świetnie współgrały z toczącą się akcją. Dlaczego więc w "Inferno" z tego zrezygnowano? Cały film to tak naprawdę jedna wielka ucieczka, w której czas na rozwiązywanie zagadek i przedstawienie tematyki zajmuje zaledwie ułamek minut jakie spędzimy przed kinowym ekranem. Postawiono na kompletnie nietrafiony pomysł. Bardziej niż kolejne przygody prof. Langdona, czujemy się jakbyśmy oglądali film w stylu "Ściganego". Psuje to bardzo odbiór filmu.

Problemem jest także ilość niedociągnięć. Trudno oprzeć się wrażeniu, że scenarzysta, zamiast dokładnie przeczytać książkę Dana Browna, oparł się na streszczeniu. Pomimo że film trwa 2 godziny, nie czujemy się zaspokojeni dobrym oddaniem historii. Za dużo tu prostych zabiegów, które wyglądają na zasadzie: Ona się wydaje zła, ale okazuje się dobra. Ten jest dobry, ale będzie zły. O! A tę postać będziemy pokazywać w dobrym świetle i na koniec zrobimy z niej tę najgorszą! Jeśli ktoś czytał książkę, to bardziej niż zaskoczenie, poczuje zażenowanie. 

Pal licho, że nie zgadza się wygląd postaci. Że prawie cały film opiera się na scenach ucieczki i ostrego bólu głowy Langodna. Zły dobór aktorów i ich charakteryzację można jeszcze jakoś wybaczyć. Ale kompletna zmiana zakończenia? Kto czytał książkę wie, co się stało. Tutaj z niewiadomych powodów postanowiono to całkowicie zmienić. Co gorsza ewidentnie widać, że twórcy postanowili wykorzystać film, by zrobić z niego kolejny polityczny pomnik walki z islamskimi terrorystami. Przykro to pisać, ale niestety zamiast głębokiej puenty, dostajemy tu rozwiązanie tak proste i żenujące, że osobiście czułem się, jakby ktoś zrobił ze mnie idiotę. 

Cały film najłatwiej opisać jako próbę zarobienia na znanej serii książek. Brakuje rozmachu, ujęcia nie zachwycają. Nawet soundtrack stworzony przez Hansa Zimmera nie powala. Nie utrwalił mi się w pamięci żaden utwór, który naprawdę dobrze oddawałby to, co działo się na ekranie. "Inferno" po prostu wygląda jak na szybko sklejony film, który opiera się na znanej książce. Czy warto go obejrzeć? Raczej jako przykład zmarnowanego potencjału niż pozycję obowiązkową.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 83% uznało tę recenzję za pomocną (64 głosy).
cybermitchnik
ocenia ten film na:
1 10 5/10 średni

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)