Recenzja filmu Ignacy Loyola (2016)
Paolo Dy

Niebezpieczna metoda

Biografia Loyoli pozwala reżyserowi żonglować różnymi konwencjami filmowymi. Są tu momenty rodem z widowisk fantasy, jest kino płaszcza i szpady, a nawet dramat sądowy. Nie brakuje także ...
Filmweb sp. z o.o.
Zaczyna się jak, nie przymierzając, "300". Oto na szczycie posępnej góry klęczy półnagi, umęczony Ignacy Loyola, za którego plecami kłębią się wyczarowane w komputerze burzowe chmury. Wznosząc ku niebu twarz przy wtórze złowróżbnej muzyki, mężczyzna pyta się w myślach: Czy takiego końca szukałeś? Obdarzony bujną czupryną przystojniak ani trochę nie przypomina nobliwej postaci ze świętych obrazków. Bliżej mu raczej do natchnionego rockmana aniżeli założyciela zakonu. Na tym polega jednak strategia reżysera Paola Dya: pokazać bohatera, jeszcze zanim stał się TYM Loyolą. Hiszpańska produkcja to takie komiksowe "origin story", tyle że w wersji przeznaczonej dla sal katechetycznych. 


Świadomość filmowego Iñigo (Andreas Muñoz) od wczesnych lat kształtuje literatura. Najpierw są to romanse rycerskie, pod wpływem których bohater wstępuje do armii z zamiarem zdobycia chwały na polu bitwy. Młodzieńcza arogancja i egoizm doprowadzają jednak do tragedii. W trakcie obrony Pampeluny przed francuską armią Loyola zostaje ciężko ranny, co w efekcie kończy jego wojskową karierę. Poniżonemu, kalekiemu arystokracie sens życia na nowo pozwalają wówczas odnaleźć książki religijne. Zainspirowany nimi Ignacy odrzuca majątek rodziny i niczym Franciszek z Asyżu wyrusza w świat z misją nawracania. Z czasem jego działalnością zaczyna się, niestety, interesować inkwizycja. Propagujący nieznane wcześniej ćwiczenia duchowe charyzmatyczny kaznodzieja zostaje oskarżony o przynależność do Iluminatów.


Biografia Loyoli pozwala reżyserowi żonglować różnymi konwencjami filmowymi. Są tu momenty rodem z widowisk fantasy, jest kino płaszcza i szpady, a nawet dramat sądowy. Nie brakuje także objawień, płomiennych kazań, męczeństwa oraz obrazów światłości spływającej z nieba. Słowem, atrakcji, bez których nie może obejść się większość żywotów świętych. Dy nie bawi się w subtelności, bo kręci film o charakterze czysto użytkowym. "Loyola" ma umacniać wiarę i popularyzować ważną postać ze świata Kościoła. Dlatego nikt tu nie przejmuje się takimi fanaberiami jak przedpotopowe efekty specjalne, koturnowe dialogi czy kanciasta gra hiszpańskich aktorów przemawiających – nie wiedzieć czemu – w języku angielsku.

W filmie Dya zadziwia za to wizerunek wspomnianej już inkwizycji – bodaj najbardziej krwiożerczej instytucji w dziejach Kościoła, która pod zarzutem herezji skazała na śmierć kilkanaście tysięcy osób. Jej przedstawiciele zostają przedstawieni na ekranie jako surowi, groźni, ale mimo wszystko przyzwoici urzędnicy. W pewnym momencie postępowy Loyola stwierdza wręcz, że on i inkwizycja są jak dwie strony tego samego medalu. Yin i yang Kościoła. Trochę to śmieszne, a trochę straszne. A może bez znaczenia? Jak wspomniałem, reżyser nie ma ambicji, by wywoływać dyskusję na temat dziedzictwa bohatera, skłonić do głębszej refleksji na temat wiary i chrześcijaństwa. Koniec końców chodzi tylko o to, by przypomnieć widzowi, że Bóg jest i nas kocha. Amen.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 19% uznało tę recenzję za pomocną (37 głosów).
Łukasz Muszyński
ocenia ten film na:
1 10 4/10 ujdzie