Recenzja filmu Trio z Belleville (2003)
Sylvain Chomet

Niebywała kreskówka

Champion jest samotnym, młodym i smutnym chłopcem, wychowywanym przez babcię - madame Souzę. Pewnego dnia odkrywa ona ukrytą pasję chłopca - kolarstwo i postanawia pomóc mu w osiągnięciu jego ...
Filmweb sp. z o.o.
Champion jest samotnym, młodym i smutnym chłopcem, wychowywanym przez babcię - madame Souzę. Pewnego dnia odkrywa ona ukrytą pasję chłopca - kolarstwo i postanawia pomóc mu w osiągnięciu jego celu, czyli zwycięstwa w Tour de France.

Film kreskówkowy dla każdego. Takim jest właśnie "Trio z Belleville" autorstwa Sylvaina Chometa. Zupełnie nie przypomina on najbardziej znanych filmów gatunku, takich jak np. "Król Lew" czy "Toy Story". Film ten, jest praktycznie pozbawiony dialogów, co dla młodego widza może być nieco nudne.

Akcja toczy się prawdopodobnie w roku 1957, co wiadomo po zwycięstwie postaci znakomitego kolarza francuskiego w etapie Tour de France, mającym swój koniec w Marsylii. Champion, który po latach ciężkich treningów spełnia swe marzenie i ma realne szanse na zwycięstwo, zostaje porwany w tajemniczych okolicznościach przez dwóch ludzi-szafy, po czym zostaje przetransportowany do tytułowego Belleville. Jest ono połączeniem wielu metropolii oraz miast typu Gotham albo Metropolis z filmu o tym samym tytule. Jest ono dopracowane do perfekcji. Tła, małe szczegóły i dodatki są wyeksponowane i często pokazywane.

Fabuła jest mało dynamiczna i króciutka - można by ją streścić w kilku zdaniach. Jednak nie akcja jest tu najważniejsza, a raczej realizacja, co można także dostrzec we wcześniejszych filmach Chometa. Dużo nawiązań do kina z okresu lat 50.: słychać dźwięk przebiegających klatek filmowych, niekiedy słowa mówione przez postać, tu i ówdzie na ekranie widać czarne plamki. Wszystko to jest zrobione doskonale, wcale nie przeszkadza w oglądaniu, ale pomaga wczuć się w klimat filmu. Postacie są zrobione po prostu rewelacyjnie. Dodatkowo jest wiele karykatur postaci z życia publicznego z tamtych lat: np. gitarzysta, którego na początku filmu oglądają w telewizji Champion i madame Souza to Django Reinhardt, zaś pianista, który występuje chwilę później to Glen Gould. Takich przykładów jest więcej.

Niezwykle ważną rolę w filmie odgrywa muzyka (tym bardziej, że brak jest dialogów, o czym już wspomniałem), która jest świetna. Połączenie muzyki klasycznej, soulu i swingu doskonale współgra z klimatem filmu. Dodatkowo i tu można zobaczyć nawiązania do prawdziwych piosenek i utworów - gdy teoretycznie nieumiejąca grać na pianinie madame Souza próbuje rozbawić małego Championa muzyką, z nut granych przez nią układa się melodia "Uma Casa Portuguesa", czyli utworu stylizowanego na grany zupełnie przypadkowo .

Jest to z całą pewnością wyjątkowe dzieło - nie mieści się w żadnych schematach i zaskakuje. Gorąco polecam.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 75% uznało tę recenzję za pomocną (8 głosów).
Michal_Stefanski
ocenia ten film na:
1 10 9/10 rewelacyjny

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)