Recenzja filmu Jobs (2013)
Joshua Michael Stern

Niedaleko pada Kutcher od Jobsa

Twórcy wzięli za dobrą monetę popularność Jobsa i – niesłusznie zakładając, że wszystko jest jasne – ograbili jego historię z kluczowych kontekstów. Środowisko komputerowców, w jakim kiełkowała ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Jobs (2013)
Historia życia Steve'a Jobsa ma w sobie cudowny posmak american dream. Film Joshuy Michaela Sterna nie daje nam o tym zapomnieć. Znamy tę trajektorię: od garażu rodziców do własnego biurowca. Od pierwszych sukcesów, przez  nieuniknioną porażkę, aż po obowiązkowy triumf w świetle jupiterów przy oklaskach zapatrzonej w naszego bohatera publiczności. Za tym idzie kolejna ewolucja – tym razem odtwórcy głównej roli. Od raczej-celebryty-niż-aktora po gwiazdora zdolnego wykrzesać z siebie pełnokrwistą kreację. Tak łapie się Oscara: drastyczna zmiana emploi plus biografia Wielkiego Człowieka na tapecie (wybuchowy temperament i śmiertelna choroba w cenie, oczywiście). Tylko że nie z tym scenariuszem. Choć Ashton Kutcher wciela się w Jobsa tak gładko, jak obsługuje się iPoda, film z jego udziałem nie daje nam przekonującego portretu tytułowego bohatera.

Na pierwszy rzut oka mamy wszystko, co trzeba. Zaczynamy od Jobsa, który wciąga kwas i przybiera chrystusowe pozy w łanach pszenicy. Niecałe dwie godziny (i dwadzieścia lat) później to już inny człowiek. Gdy przegląda się w oczach zapatrzonego w niego jak w obrazek Jonathana Ive'a (główny projektant Apple'a), widzimy, że w międzyczasie dorobił się wiernych wyznawców. Obserwujemy przemianę buszującego-w-zbożu hipisa w boga hipsterów, a jednak sekret tej transformacji pozostaje dla nas niedostępny. To tak, jakby podziwiać przez szybę wnętrze Apple Store, nie mogąc zarazem wejść do środka. Bardzo ładnie, ale nic tu po nas.

Twórcy wzięli za dobrą monetę popularność Jobsa i – niesłusznie zakładając, że wszystko jest jasne – ograbili jego historię z kluczowych kontekstów. Środowisko komputerowców, w jakim kiełkowała firma Apple, zostało zaledwie naszkicowane. W rezultacie wychodzi na to, że Jobs i jego pierwszy partner biznesowy, Steve Wozniak (Josh Gad), spadli ze swoim projektem komputera osobistego z księżyca.  Bez tła, od którego można by odróżnić Jobsa, nie sposób wyjaśnić, na czym polegał jego sukces. Do wielkich nieobecnych filmu należy przede wszystkim Bill Gates (pojawia się zaledwie w jednej scenie, ale tylko po drugiej stronie słuchawki). Podobnie sprawa ma się z życiem osobistym bohatera. Jobs – sam będąc adoptowany – przez lata nie chciał uznać własnej córki. Niezaznajomiony z jego biografią widz nie dostrzeże jednak przewrotnego związku między tymi dwoma faktami, gdyż docierają do niego zaledwie strzępy potrzebnych informacji.

Nie, żeby w filmie brakowało słów. To film przegadany tak bardzo, jak bardzo "Social Network" był popisem maestrii ekranowego słowotoku. Karabinowe salwy dialogów Aarona Sorkina (notabene pracującego nad własnym filmem o Jobsie) trafiały w samo sedno historii Marka Zuckerberga. Tutaj pozostaje nam wierzyć twórcom na słowo. Wciąż słyszymy, że kolejne produkty Apple'a są przełomowe; gorzej z argumentacją. Prezentacjom Maca czy iPoda wtórują szumne wypowiedzi Jobsa i burza braw jego współpracowników, brak jednak uzasadnienia tych sukcesów.

Co gorsza, niemal hagiograficzne zapędy twórców zostają przez nich samych zaprzepaszczone. Gdy Jobs wygłasza – a jakże – przemowę i brata się z "wyrzutkami tego świata", przez ekran przelatują akurat twarze wszystkich współpracowników, których bezceremonialnie porzucił w drodze na szczyt. Efekt jest dość niefortunny – szkoda tylko, że ewidentnie niezamierzony. Wiadomo, Steve miał trudny charakter – i twórcy nie kryją tego przed nami. Zarazem jednak nie podejmują tematu. Łatwo jest snuć swoją opowieść z wygodnego punktu siedzenia, w którym historia przyznała Jobsowi rację. Ale trzymanie jego strony w każdym sporze i kierowanie na zewnątrz winy za każdą porażkę to ewidentny objaw scenariopisarskiej ślepoty. Lepszy od filmu, który powstał z miłości do Jobsa, byłby film powstały z szacunku.

I tylko Kutchera szkoda. Mając w pamięci "Różowe lata 70." czy "Stary, gdzie moja bryka?", można było mieć wątpliwości co do tego castingowego wyboru. Ale na ekranie żadnego Ashtona nie ma. Jest za to Jobs jak żywy: ze specyficznym chodem, sposobem mówienia i hipnotyzującym spojrzeniem. Jeśli Sorkin napisze swój scenariusz, niechże da mu zagrać raz jeszcze.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 92% uznało tę recenzję za pomocną (262 głosy).
Jakub Popielecki
ocenia ten film na:
1 10 4/10 ujdzie