Recenzja filmu Happy End (2017)
Michael Haneke

Nowy Haneke, stary Haneke

"Happy End" to dobry film, ale nie ma co ukrywać, że od Hanekego wymaga się więcej. 
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Happy End (2017)
W nowym filmie Michael Haneke już nie szokuje jak do tej pory. W swoich filmach wywoływał on u widza dyskomfort i zakłopotanie, zmuszał do odwrócenia wzroku i stawiał pytania. Tymczasem "Happy End" ogląda się bardzo przyjemnie jak na Hanekego, a kiedy sięga on po czarny humor - jest nawet zabawnie. Po raz pierwszy Haneke skupia się tak bardzo na fabule i postaciach, że praktycznie zapomina o swoim widzu. Na film składa się scenariusz, który liczył zaledwie 50 stron, minimalistyczne i charakterystyczne już zdjęcia Bergera, które od poprzednich filmów odróżnia jedynie operatorka ze smartfona, oraz chyba najmocniejsza obsada Hanekego kiedykolwiek. Tym bardziej oczekiwałem od tego filmu bardzo wiele. 
A jednak mamy do czynienia z bardzo poprawnym, ale nie wybitnym, filmem. Angażuje zwłaszcza druga część filmu, gdy bohaterowie staja się już czymś więcej niż na początku. Zdecydowanie przełomowym punktem jest najsmutniejsza scena karaoke w historii kina, która perfekcyjnie oddaje dramat, w jakim znalazła się rodzina Laurentów. Od tego momentu emocje nie opuszczały mnie do napisów końcowych. Najprzyjemniej oglądało się młodą Evé, graną przez Fantine Harduin w scenach z George'em Laurentem, granym przez wybitnego Jeana-Louisa Trintignanta. Ich role to ludzie kolejno na początku i na końcówce swojego życia, a zdaje się, że jako jedyni zachowali trzeźwy pogląd na sytuację i rozumieją się bezbłędnie - jako aktorzy i jako postacie. Przyćmiewają resztę obsady, a przy takich nazwiskach jak Huppert, Jones czy Kassovitz to nie było łatwe zadanie.  
Każdy z motywów "Happy End" został poruszony już wcześniej w jego własnych produkcjach, nawiązania do jego dzieł są czasem nawet bezpośrednie, co akurat można uznać za oczko puszczone w stronę wiernego widza, ale inne tematy to niestety słabiej rozwinięte kopia dobrze nam znanych historii ze świata reżysera. Takim sposobem mamy tutaj motywy eutanazji, przemocy, okrucieństwa dzieci, seksualności, przemocy, mediów w życiu człowieka czy znieczulicy społecznej wobec problemów tak na świecie jak i we własnej rodzinie.
Haneke porzuca jednak swój prowokacyjny styl na tyle, że czuje się osobiście lekko oszukany. Typowa dla reżysera zabawa z widzem to zdecydowanie najmocniejszy punkt jego dotychczasowych filmów, osobiście miałem lekki problem ze zlokalizowaniem prowokacji wobec widzów w jego najnowszym filmie, aż zrozumiałem, że ukrył się w moim zdaniem jego najsłabszym punkcie - social media. Eksperyment z wprowadzeniem mediów społecznościowych do opowiadania historii można szanować przede wszystkim za to, że reżyser jest na bieżąco i nie zamyka się w swojej bańce twórczej. Prawdziwym jednak celem ich wprowadzenia jest ustawienie widza w pozycji wszechwiedzącego, dzięki nagraniom Evè dowiadujemy się trochę o jej rodzinie jak i o niej samej, a dzięki wiadomościom pomiędzy Laurentami i ich kochankami dowiadujemy się, jakie myśli krążą im po głowie. Irytującym jednak jest, że te informacje dostajemy bez żadnego celu, bo sama fabuła koniec końców mówi nam wystarczająco dużo na temat postaci, a ich życie w internecie jest nam obojętne. Jest jednak moment, w którym ten motyw został użyty bezbłędnie - i jest to moim zdaniem ostatnia scena filmu.
"Happy End" to dobry film, ale nie ma co ukrywać, że od Hanekego wymaga się więcej. Najwyraźniej takiego samego zdania było jury w Cannes. Myślę, że brak jakiejkolwiek nagrody może zaskutkować kolejnym filmem Austriaka i powrotem do najlepszej formy. Potraktujmy więc "Happy End" jako pewnego rodzaju eksperyment i liczmy na jego efekty. Warto przecież zaznaczyć, że Hanekemu zdarzały się już słabsze filmy i nigdy nie oznaczały one trwałego trendu.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 88% uznało tę recenzję za pomocną (8 głosów).
Mastick
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry