Recenzja filmu Kuki powraca (2010)
Jan Svěrák

On nie jest różowy

Shrek beknął, a następnie zanieczyścił powietrze, Sid wykąpał się w czymś, co zalatuje szambem, a Pingwiny, rodem z Madagaskaru, właśnie odkryły nadzwyczaj silne ruchy tektoniczne o ...
Filmweb sp. z o.o.
Shrek beknął, a następnie zanieczyścił powietrze, Sid wykąpał się w czymś, co zalatuje szambem, a Pingwiny, rodem z Madagaskaru, właśnie odkryły nadzwyczaj silne ruchy tektoniczne o niezidentyfikowanej genezie – czyli skaczącego Króla Juliana domagającego się soczku. Bawi, nie zaprzeczę, jednak niekiedy oczy widza, do kwartetu z uszami, powinny dostać dobrą alternatywę.

"Kuki powraca" to film obecnie nowy, rocznik 2010, a jednak kolosalnie odbiegający od teraźniejszej mody na komediowe animacje dla dzieci, dla młodzieży, dla całej rodziny.

Zacznijmy od strony technicznej. Jesienią 2008 roku ekipa Jana Svěráka nie zasiadła w studio przed monitorami, ze świeżo zaparzoną kawą, z masą pomysłów i tabletami graficznymi w rękach. Oni przywdziali wojskowe buty, wygodne ciuchy i pojechali tarzać się w lesie. Aby dać zadość obecnemu konsumpcyjnemu stylowi życia i jego symbolom, aby nieco zminimalizować wpływ uroku parku narodowego Voděradské Bučiny, wytarzali się także na silnie zapachowym wysypisku śmieci. I choć zaleciało tu ironią (i zapachem wysypiska) podaję samą prawdę. Zdjęcia do filmu realizowano w plenerach, zaś występujące w filmie kukiełkowe postaci stworzono w rzeczywistości. To nic innego jak najprawdziwsze i namacalne lalki, z wielką precyzją i ogromnym poświęceniem realizatorów, wykonane i sterowane ręcznie. Nie obeszło się bez czołgania, wspinania, zakopywania po kolana w śmieciach, czy zjazdu na końcówce pleców po śniegu lub błocie, wszystko dla perfekcyjnych ujęć.
Druciki, kable, sznurki, sprężyny z doczepionymi do nich marionetkami lub pojazdami oraz potężna grupa ludzi starająca się o to, aby wszystko wyszło realistycznie. I udało się. Do produkcji nowoczesna technika wdarła się dopiero wówczas, gdy w gotowym obrazie należało owe sterujące elementy usunąć. Drugą koniecznością animacji komputerowej było przechytrzenie pór roku, gdyż natura nie współdziałała z ekipą i na życzenie nie zamieniała zimę w lato lub odwrotnie, co kilka minut -z koniecznością nagłego zaistnienia w scenografii ogromnych zasp śnieżnych i odpowiednio udekorowanych śniegiem drzew, znikających po chwili w kilka sekund. A ponieważ w treści filmu fakt ten był potrzebny, wykorzystano zdobycze techniki oraz zimę zjawiającą się jedynie raz i to zgodnie z kalendarzem.

W trakcie projekcji, zdając sobie sprawę z przebiegu realizacji filmu, efekt końcowy poraża niezwykłym realizmem. O ile mieszkańcy wysypiska, stworzeni z odpadków, z mocnym akcentem na plastikowe butelki, mają w sobie pewną nutę sztuczności, o tyle mieszkańcy lasu prezentują się niezwykle, niczym żywe tajemnicze stworzenia. Kształtem i cechami fizycznymi nawiązują do korzeni, mchu, kamieni, grzybów lub gałęzi. Przez spacerującego w lesie człowieka niedostrzegani, po jego odejściu ożywają. To pośród nich zagubiony misiek Kuki spędzi najwięcej czasu. A wraz z nim widz, który otrzyma niezłą dawkę czeskiego humoru, bliskiego Polakom. Humoru niewydumanego i nie czerpiącego pomysłów z czynności fizjologicznych. A oprócz chwil nagłego śmiechu rzeczony kinoman dostanie porcję nostalgicznej filozofii nad czasem, istnieniem, czy śmiercią, z punktu widzenia stworzeń najbliższych i najdalszych naturze.

Bardzo ciekawym elementem treści filmu jest owe zderzenie wielu światów, będących obok siebie. Świata ludzi dorosłych, którzy zatracili w sobie dziecięcą fantazję i nie potrafią już pojąć ogromnego przywiązania, jakim dziecko obdarza szmacianą zabawkę. Świata dziecka, które na pograniczu rzeczywistości, snu i marzeń odbiera otaczającą je prozę życia i siłą imaginacji sprawia cuda. Świata sztucznych odpadów, plastikowych butelek i siatek, niedziałających urządzeń, popsutych zabawek, który skazany jest na odrzucenie, na zapomnienie, a jednak stanowi poważny problem. W tym również z punktu widzenia ekologii. I na koniec świata natury, pełnego harmonii, metafizycznej wieczności, porządku współistnienia, gdzie kropla deszczu jest magią samą w sobie o pięknie brylantu. A co ze światem Kukiego? On łączy wszystkie powyższe w jeden. Pochodzi ze świata ludzi, gdzie jest zarówno starą wytartą szmacianką, gniazdem roztoczy, jak i ukochanym przyjacielem. Jest sztuczny, ale wypchany trocinami. Jest różowy, chociaż często komicznie wykłóca się o to twierdząc, iż ma czerwony kolor. Dzięki swojej barwie, która najwyraźniej mu nie odpowiada, jest doskonale widoczny wśród drzew i krzewów, nie pasuje do świata natury, w którym się znalazł przypadkiem. Jest również misiem, ale nie takim, jakiego spotykamy w lesie. Kuki to dziecięca przytulanka, przedmiot, który ożywa.

Jednak przede wszystkim jest sprytnym, nieco zagubionym, troszkę naiwnym, wesołym, o wielkim sercu i współczuciu bohaterem doskonałego czeskiego filmu. Filmu dla wszystkich pragnących przez półtorej godziny chwilami pośmiać się, niekiedy zastanowić, wspomnieć swoje własne stare zabawki, a być może także doszczętnie utracone dzieciństwo.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 88% uznało tę recenzję za pomocną (17 głosów).