Recenzja filmu Żywioł. Deepwater Horizon (2016)
Peter Berg

Płonący wieżowiec

Na ekranie rządzi kontrolowany chaos. Reżyser robi wszystko, co w jego mocy, by jak najlepiej pokazać grozę i nieprzewidywalność sytuacji, w jakiej znaleźli się bohaterowie. Przetrwanie jest tu ...
Filmweb sp. z o.o.
Wydarzenia pokazane w "Żywiole. Deepwater Horizon" rzeczywiście miały miejsce. W kwietniu 2010 roku, na platformie wiertniczej Deepwater Horizon pracującej w Zatoce Meksykańskiej, doszło do eksplozji i pożaru widocznego z odległości 40 mil. Jej konsekwencją był wyciek ropy, który uznano za największą klęskę ekologiczną w historii Stanów Zjednoczonych. Jednak to wszystko ma niewiele wspólnego z rzeczywistością samego filmu. Peter Berg sięgnął po prawdziwą historię, by dodać swojemu widowisku posmaku autentyczności. Sam w sobie "Żywioł. Deepwater Horizon" jest bowiem bardzo klasycznym obrazem katastroficznym, ze wszystkimi zaletami i wadami takiej konwencji.

Kiedy dziś mowa o kinie katastroficznym, to myślimy zazwyczaj o katastrofach na skalę globalną, w pokazywaniu których mistrzem był Roland Emmerich. "Pojutrze" czy "2012" nie są jednak właściwym punktem odniesienia dla "Żywiołu". Berg sięgnął po starszy wzorzec gatunku, którego symbolem jest "Płonący wieżowiec". I reżyser pozostał mu wierny, na czym cierpi warstwa autentyzmu filmu. Mark Wahlberg jest bowiem klasycznym kinowym "everymanem", który w niezwykłej sytuacji staje na wysokości zadania i zostaje bohaterem. Kurt Russell to typowy szef, starający się chronić swoich podwładnych, ale bezwładny w obliczu prawdziwej władzy. Zaś John Malkovich to podręcznikowy kapitalista i dusigrosz, który dla kwartalnych zysków koncernu jest w stanie przymknąć oko na nietrzymanie wyśrubowanych standardów wykonania.

Aktorzy podporządkowują swoją grę gatunkowym wymogom, przez co trudno uwierzyć w to, że ich postaci są prawdziwymi ludźmi. Plusem takiego podejścia jest to, że cała obsada doskonale odnajduje się na planie. Wahlberg jest wszystkim tym, czego od protagonisty filmu katastroficznego powinniśmy oczekiwać. Jest w nim prostota, która w momentach ekstremalnych przemienia się w twardą stal determinacji. Z kolei Malkovich gra typa tak odstręczającego, że niejeden z oglądających będzie miał ochotę go spoliczkować, widząc wyraz samozadowolenia na jego twarzy. Minusem takiego podejścia są jednak słabo zarysowane relacje emocjonalne, które w dramacie opartym na faktach mimo wszystko powinny odgrywać istotniejszą rolę. Berg ograniczył portrety psychologiczne do minimum, tworząc namiastkę człowieczeństwa bohaterów, która ma dać widzom pretekst do przejmowania się losami pokazywanych postaci.

Kiedy jednak zaczyna się ekspozycja katastrofy, natychmiast rozumiemy, dlaczego autentyczna historia została potraktowana tak bardzo po macoszemu. Berg stworzył niezwykle sugestywną wizję katastrofy, w obliczu której człowiek jest pyłkiem unoszonym na wietrze. I to właśnie to, a nie prezentacja losów prawdziwych ludzi, stanowi jądro "Żywiołu…". Na ekranie rządzi kontrolowany chaos. Reżyser robi wszystko, co w jego mocy, by jak najlepiej pokazać grozę i nieprzewidywalność sytuacji, w jakiej znaleźli się bohaterowie. Przetrwanie jest tu po równo kwestią przypadku i determinacji. Sceny eksplozji i pożaru zostały nakręcone z imponującym rozmachem. Widać, że na odtworzenie warunków na płonącej platformie wiertniczej poszła cała masa pieniędzy. I Berg ich nie zmarnował. "Żywioł. Deepwater Horizon" to kino katastroficzne pełną gębą.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 85% uznało tę recenzję za pomocną (104 głosy).
Marcin Pietrzyk
ocenia ten film na:
1 10 6/10 niezły