Recenzja filmu Wielki błękit (1988)
Luc Besson

Pasja większa niż życie

Lubię filmy Luca Bessona: to kino rozrywkowe na poziomie, przy którym dobrze się bawię i do którego często wracam, oglądając po raz n-ty widowiskową space operę "Piąty element" czy wzruszającego ...
Filmweb sp. z o.o.
Lubię filmy Luca Bessona: to kino rozrywkowe na poziomie, przy którym dobrze się bawię i do którego często wracam, oglądając po raz n-ty widowiskową space operę "Piąty element" czy wzruszającego "Leona zawodowca". Nie znaczy to oczywiście, że w stosunku do produkcji reżysera znad Sekwany jestem bezkrytyczna. Wręcz przeciwnie: stawiam Bessonowi poprzeczkę wysoko i jeśli mnie zawiedzie, a w jego filmie zabraknie tego "czegoś", tej ekranowej magii, którą tak cenię sobie w jego dziełach, nie zawaham się przed napisaniem nieprzychylnej opinii. W przypadku "Wielkiego błękitu" mam pewien problem. Pierwsza część filmu jest cudownie bessonowska: komedia, romans, trochę akcji i kina obyczajowego, druga natomiast to już dramat... o mierzeniu i zdobywaniu kolejnych centymetrów z niezbyt satysfakcjonującym zakończeniem.

"Wielki błękit" to historia dwóch przyjaciół, którzy wychowali się na jednej z malowniczych, greckich wysp: Francuz Jacques (Jean-Marc Barr) to cichy, nieśmiały samotnik, Włoch Enzo (świetny Jean Reno) to pewny siebie, wygadany szpaner. Łączy ich jedno: wspólna pasja. Obaj uwielbiają nurkować. Bez sprzętu, bez butli z tlenem, chodzi o to, żeby wytrzymać jak najdłużej pod wodą na bezdechu i zejść jak najgłębiej. Obaj nurkowie rozjeżdżają się po świecie, żeby raz po raz spotykać się przy okazji zawodów i bić nawzajem swoje rekordy. Zakochana w Jacques'u Johanna (Rosanna Arquette) nie rozumie niebezpiecznego hobby obu mężczyzn i ma złe przeczucia. Pragnie zatrzymać ukochanego na lądzie.

Zaczyna się ciekawie: poznajemy obu bohaterów jeszcze jako chłopców odkrywających swoją pasję. Nie jest nią jednak, jak myślałam na początku, tytułowy wielki błękit, a więc morze samo w sobie, bogactwo fauny i flory, płynny bezkres, a głębokość, schodzenie w ten błękit głębiej i głębiej aż woda zmieni kolor, nastanie chłód i ciemność. Nie dostajemy więc zapierających dech w piersiach ujęć raf koralowych czy ławic różnobarwnych rybek. Kamera po prostu "zjeżdża" w morską otchłań razem z bohaterami przez kolejne barwy wody: błękit, granat, ciemną zieleń i wreszcie niemal czerń.

Potem dostajemy wątek miłosny: Ona jest realistką, oddaną swojej pracy, mieszkającą w Nowym Jorku, On goni za marzeniami, żyje z dnia na dzień, jego domem jest ocean, a rodziną delfiny. Ona zakochuje się w nim od pierwszego wejrzenia, On też nie może o niej zapomnieć. Ona porzuca wszystko i wyrusza, żeby odnaleźć ukochanego. Odnajduje, ale szybko zdaje sobie sprawę z tego, że oto musi zadowolić się drugim miejscem w jego sercu, bo Jacques najbardziej kocha morze i ekstremalne głębokości.

Elementy komediowe Besson wprowadza przez postać Enzo, gaduły i wiecznego chłopca, którego najważniejszą kobietą w życiu jest jego "mamma". Jean Reno jest świetnym Włochem, jego akcent czaruje, a optymizm i całkowita afirmacja świata są zaraźliwe. W filmie oprócz głównego wątku rywalizacji opartej przede wszystkim na przyjaźni i chęci przezwyciężenia własnych słabości, pojawia się wiele wątków pobocznych: a to trzeba ukraść delfina i wypuścić go na wolność, to znowu zarobić trochę pieniędzy na platformie wiertniczej czy wreszcie zdecydować się na dziecko, dlatego też "Wielki błękit" to niemal trzy godziny spędzone przed telewizorem.

Druga część filmu jest nieco nudnawa: rekord Jacquesa bije Enzo, którego wynik poprawia Jacques, Enzo nie odpuszcza i tak do samego końca, centymetr po centymetrze, minuta po minucie aż do finału. Zabrakło jednak w tym wszystkim emocji, chociaż Reno i Barr dobrze radzą sobie w swoich rolach. Zwłaszcza ten drugi przekonał mnie swoją kreacją: w końcu wcielił się w prawdziwą postać "Człowieka-Delfina", nieżyjącego już nurka-rekordzisty, Jacques'a Mayola, który był zresztą współtwórcą scenariusza.

"Wielki błękit" nie jest filmem złym, ale mnie rozczarował. Spodziewałam się czegoś w stylu "Błękitnej głębi", przyjemnego kina rozrywkowego z morzem i nurkowaniem w tle. Co dostałam? Przydługawy dramat z dobrymi aktorami, odprężającą muzyką (komponował ją ulubieniec Bessona, Eric Serra) z jednej strony, niezbyt zachwycającymi zdjęciami i przeciętnym scenariuszem z drugiej. A więc dwa do dwóch, remis? Niekoniecznie. Dodaję punkt za delfiny, dużo delfinów, bo kto nie lubi tych sympatycznych stworzeń? W ostatecznym rozrachunku jestem więc na tak, ale do historii Jacques'a i Enzo raczej szybko nie wrócę. Wolę bardziej bessonowskie produkcje.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 23% uznało tę recenzję za pomocną (145 głosów).
Dai
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry