Recenzja filmu 78/52 (2017)
Alexandre O. Philippe

Pierwsza kąpiel

"78/52" dostarcza detalicznej, z ducha geekowskiej analizy jednej z najsłynniejszych filmowych scen świata. W kluczu filmoznawczym, antropologicznym, historyczno-kulturowym, politycznym. Ale ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa 78/52 (2017)
Niby zwykły prysznic, a jednak oko na historię kina. Wszyscy wiemy, co się kryje za zasłoną – scena łazienkowa z "Psychozy" Hitchcocka to ciągle powracające mamidło, obsesja ekranu, najwdzięczniejszy materiał analityczny świata. Zainspirowała całe legiony filmowców. Bez niej nie byłoby slasherów czy włoskiego giallo, a krew w "Rozmowie" Coppoli nie odpływałaby z kibla z takim wdzięcznym pluśnięciem. I nie chodzi wyłącznie o nowatorstwo sprowadzające się do zestawieniu seksu z przemocą – w kinie amerykańskim po raz pierwszy tak otwarcie, bez większych interwencji cenzury – ale o rewolucyjne zastosowanie techniki filmowej: wszystkie te – w 1960 roku zupełnie dziwaczne – kąty patrzenia kamery, cięcia montażowe, zbliżenia.

"78/52" dostarcza detalicznej, z ducha geekowskiej analizy jednej z najsłynniejszych filmowych scen świata. W kluczu filmoznawczym, antropologicznym, historyczno-kulturowym, politycznym. Ale przede wszystkim – w atmosferze niesłabnącego entuzjazmu dla kina, które daje się oglądać wciąż i wciąż na nowo. To czysta kinofilia podyktowała Alexandre'owi O. Philippe'owi pomysł na ten film. Nie była to jednak cinephile w typie francuskim – scena prysznicowa nie jest własnością jakiejś koterii kawiarnianych myślicieli w czarnych golfach, ale dotyka nas wszystkich, drzemie w podświadomości i to z niej wędruje prosto na srebrne ekrany. Jest wspólnym dobrem kulturowym, właściwie już – archetypem kina grozy. Wychodząc z takiego założenia, Philippe'owi udało się przeprowadzić bardzo inteligentną dyskusję, która zarazem poszerza nasza wiedzę o "Psychozie" i obsesjach Hitchcocka, jak i sama stanowi świadectwo pewnej wyjątkowej obsesji: bezgranicznej miłości do gadania o kinie. W każdym detalu.

Gadkę o 78 ustawieniach kamery i 52 cięciach, które składają się na scenę prysznicową, prowadzą osobowości tak różne jak Peter Bogdanovich, Bret Easton Ellis, Eli Roth, Jamie Lee Curtis, Elijah Wood czy Guillermo del Toro. Czasami – w archiwalnych fragmentach wywiadów telewizyjnych – z komentarzem wciska się sam Hitchcock. Albo Marli Renfro, dublerka Janet Leigh w "Psychozie", powspomina, jak czuła się pod Hitchcockowskim prysznicem ubrana wyłącznie w nakładkę na krocze. Philippe i jego eksperci-entuzjaści z wielką uwagą patrzą na niemal każdy aspekt łazienkówki – grę aktorską, produkcję, muzykę i efekty dźwiękowe, pracę kamery, storyboard, makijaż, kostiumy (lub ich brak). Analizują rewolucyjność postaci Marion Crane i Normana Bates'a; chwytają słabo widoczne detale – np. że Batesowską dziurę do podglądania zasłania obraz "Zuzanna i starcy" z biblijną sceną gwałtu – i pytają o ich sensy, ukryte emocje, zamaskowane wskazówki i pułapki na spojrzenia.

Jednak zdecydowanie najwięcej frajdy sprawiają interpretacje historyczno-kulturowe. "Psychoza" stanowi w filmografii Hitchcocka nagłą woltę – przejście od technikoloru i głębi do czarno-białych, ciasnych kadrów i bohaterów umierających gwałtowną, samotną śmiercią. Tak jakby Hitchcock antycypował całą dekadę lat 60. – nie tylko więcej przemocy w kinie, ale także w życiu codziennym i polityce: wojnę w Wietnamie, walkę o prawa obywatelskie Afroamerykanów, sprawę Charlesa Mansona, rewolty studenckie. Reżyser urasta tutaj do rangi wszechwidzącego demiurga, a jego filmy – świętych ksiąg, które nie tyle odbijają, co stwarzają świat. "78/52" jest więc szczerym wyznaniem wiary – w geniusz autorów, ich intuicję, niesłabnącą wartość klasyki, przyjemność oglądania, interpretowania i dyskutowania. Przypomnieniem, że kino wciąż pozostaje najczulszym sejsmografem zmieniającej się rzeczywistości. Także w dobie fejsa i fake newsów – na dobre i na złe.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 100% uznało tę recenzję za pomocną (3 głosy).
Marcin Stachowicz
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry