Recenzja gry Super Mario Odyssey (2017)
Kenta Motokura

Podróż życia

Od strony wizualnej "Super Mario Odyssey" prezentuje się zjawiskowo. Relatywnie słabe podzespoły Switcha nie mają na to wpływu – działa tu przede wszystkim olbrzymi talent Nintendo do ...
Filmweb sp. z o.o.
Metropolia przypominająca Nowy Jork, odgłosy wielkiego miasta i sunące po ulicach taksówki. Debiutancki zwiastun "Super Mario Odyssey" zaskoczył nawet najwierniejszych fanów wąsatego hydraulika, a zaprezentowane w kolejnych miesiącach fragmenty rozgrywki skutecznie rozbudzały wyobraźnię. Wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazywały na to, że jesienią zagramy w znakomitą produkcję – logo Nintendo jest w końcu gwarancją jakości. Czy jednak tytuł dorósł do legendy takich gier, jak "Super Mario 64" czy "Super Mario Galaxy"?

photo.title


Historia w "Odyssey" to stara jak świat bajka o księżniczce porwanej przez smoka. Od każdej innej gry o wąsaczu odróżnia ją jednak powaga sytuacji: tym razem Bowser postanowił nie bawić się w półśrodki i z marszu rozpoczął przygotowania do zaślubin. Wierny hydraulik nie zamierza oczywiście stać z założonymi rękami. W przerwaniu ceremonii Marianowi pomaga Cappy – przypominający kapelusz zmiennokształtny duch, umożliwiający bohaterowi przejmowanie kontroli nad częścią wrogów i przedmiotów. Sprzymierzeniec użycza mu także swojego podniebnego statku (a jakże, w kształcie kapelusza) o znamiennej nazwie "Odyssey". 

photo.title


Pierwsze, co rzuca się w oczy przy kontakcie z grą, to wyraźny zwrot w projektowaniu poziomów. Ostatnie odsłony trójwymiarowego "Super Mario" – "3D Land" i "3D World" – przyzwyczaiły nas do klasycznej, liniowej struktury. W przypadku "Odyssey" akcenty rozłożone są zupełnie inaczej. Gra sięga po rozwiązania ze stareńkiego "Super Mario 64": poziomy są tu rozległe i mają otwartą strukturę (przynajmniej większość z nich). Każdy z nich "przechodzimy", kiedy zbierzemy odpowiednią liczbę księżyców używanych do zasilania naszego wehikułu. Te otrzymujemy z kolei za rozwiązywanie porozsiewanych po mapie zagadek – część wyzwania stanowi więc samo zlokalizowanie ich. Do pozostałych znajdziek należą klasyczne, nielimitowane monety oraz oddzielny dla każdego z poziomów rodzaj, występujący w ograniczonej liczbie. Obie waluty posłużą nam do zakupu kostiumów dla bohatera. Te z kolei służą nie tylko do ozdoby – niektóre księżyce ukryte są w miejscach, w dostaniemy się jedynie w odpowiednim przebraniu. Jak widzicie – nie ma tu miejsca na przypadek, a każdy element służy w jakiś sposób rozgrywce.  

photo.title


Nie sposób nie wspomnieć o kluczowym patencie "Odyssey", czyli o niezwykłym nakryciu głowy.  Jak już wspomniałem, gra umożliwia nam wcielenie się w większość wrogów i często zmusza do wykorzystywania ich umiejętności do rozwiązywania zagadek. A że są to najróżniejsze stworzenia, to gatunek gry potrafi momentalnie zmienić się tu z platformówki w strzelankę TPP czy beat'em'up z T-reksem w roli głównej. Każda forma, w którą może wcielić się Mario, spełnia też konkretną rolę w projekcie gry i ani razu nie miałem wrażenia, że któraś z nich była wciśnięta na siłę czy zaprojektowana niestarannie. Olbrzymia różnorodność i znakomite wykonanie to dwie największe zalety gry. 

photo.title


Przejście kampanii fabularnej mieści się w standardach trójwymiarowych przygód Mario i zajmuje około 10-15 godzin. Napisy końcowe to jednak zaledwie wierzchołek góry lodowej i post-game jest w istocie daniem głównym "Odyssey". Po pokonaniu finałowego bossa gra odblokowuje bowiem całą masę miejsc, które wcześniej były dla nas niedostępne i – wraz z postępami w zbieractwie – zabiera nas do zupełnie nowych lokacji. Największe wyzwanie stanowi oczywiście zebranie wszystkich księżyców – jest ich aż sześćset, więc skompletowanie ich to zajęcie na dobre kilkadziesiąt godzin (dla skali – w "Super Mario 64" gwiazd było zaledwie 120). Nie jest to jednak czas wypełniony monotonią. Całe bogactwo rozsądnie dawkowanych atrakcji sprawia, że od nowej przygody Mario naprawdę trudno się oderwać.


photo.title

Od strony wizualnej "Super Mario Odyssey" prezentuje się zjawiskowo. Relatywnie słabe podzespoły Switcha nie mają na to wpływu – działa tu przede wszystkim olbrzymi talent Nintendo do plastycznego projektowania światów. Trzeba też przyznać, że jest to jedna z najbardziej różnorodnych kreacji w historii serii – znajdziemy tu zarówno klasyczną cukierkową pstrokaciznę, jak i wielką metropolię czy lokacje przypominające architekturę "Dark Souls"(!). Nic więc dziwnego, że oprawie "Odyssey" tak trudno jest się opatrzeć. Świetnie prezentuje się także sam ruch: obraz renderowany jest w płynnych 60 klatkach animacji i nawet w najgorętszych momentach utrzymuje ten pułap. Powyższe peany odnoszą się oczywiście zarówno do trybu stacjonarnego, jak i przenośnego – jedyne, co odróżnia je od siebie, to niższa rozdzielczość tego drugiego. 


photo.title

9 lat – w tym wieku po raz pierwszy zetknąłem się z "Super Mario 64". Doskonale pamiętam niesamowitą mieszankę przytłoczenia swobodą i ciekawości rozbudzonej przez fantastycznie zaprojektowane poziomy. Sporo z magii tamtych doświadczeń stanowiła oczywiście dziecięca wyobraźnia, jednak grając w "Odyssey" 17 lat później, mogę bez wahania stwierdzić, że jest to ten sam poziom geniuszu, tyle że bogatszy w doświadczenie. "Odyssey" to punkt kulminacyjny serii. Wszystkie poprzednie odsłony trójwymiarowych przygód hydraulika prowadziły twórców właśnie w to miejsce. Czapki z głów. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 83% uznało tę recenzję za pomocną (24 głosy).
Jacek Borowski
ocenia tę grę na:
1 10 10/10 arcydzieło!