Recenzja filmu Dawno temu w Ameryce (1984)
Sergio Leone

Podróż do krainy zapomnienia i śmierci

Kiedyś Alicja Helman napisała o filmach Sergio Leone, że są jak sny kinomana - intensywniejsze, podniosłe, wybrzmiewające, soczystsze, barwniejsze. Też - brutalniejsze. Pisała o jego ...
Filmweb sp. z o.o.
Kiedyś Alicja Helman napisała o filmach Sergio Leone, że są jak sny kinomana - intensywniejsze, podniosłe, wybrzmiewające, soczystsze, barwniejsze. Też - brutalniejsze. Pisała o jego hiperwesternie "Pewnego razu na Dzikim Zachodzie", ale w większym jeszcze stopniu te słowa odnoszą się do "Dawno temu w Ameryce", spóźnionej o kilkanaście lat odpowiedzi na "Ojca chrzestnego". Film ten stał się ostatnim dziełem Włocha (planowany był jeszcze dramat o oblężeniu Leningradu, ale Rosjanie wiele lat zwlekali z udzieleniem zgody na zdjęcia, a w 1989 r. Leone zmarł). Mamy więc przed sobą czterogodzinny gangsterski epos, o ostentacyjnie sztucznej konstrukcji (trzy plany czasowe!) i narracji mieszającej iście operowy patos ze skrajnym naturalizmem z jednej strony, a fenomenalną wnikliwością psychologiczną z drugiej. I na dokładkę z obrazem, będącym pewnego rodzaju artystycznym testamentem. Wypowiedzią na najważniejsze egzystencjalne tematy, takie jak przyjaźń i rywalizacja, lojalność i zdrada, miłość i pożądanie, pamięć i przemijanie. "Mój film to podróż do krainy zapomnienia i śmierci".

Historia przyjaźni, nienawiści i rywalizacji dwóch mężczyzn (w różnym stopniu jest to temat wszystkich filmów Leone, tu jednak najgłębiej przemyślany) drobnych żydowskich gangsterów, Noodlesa ("Kluchy") i Maxa (koncertowy duet aktorski Roberta De Niro i Jamesa Woodsa), ciągnie się przez lata 20. (początki przestępczej kariery chłopaków z Lower East Side) i 30. (do dnia zniesienia prohibicji - 5 grudnia 1933). Obserwujemy narastającą toksyczność tego związku.

Noodles to powolny w reakcjach melancholik i romantyk, który wyraźnie podporządkowuje się emocjonalnie pełnemu chorobliwej energii Maxowi. Jednocześnie miłość skłania go ku Deborze, ta jednak odrzuci jego zaloty i Noodles ostatecznie gwałtem w taksówce przypieczętuje swoją klęskę, zapewne zresztą - zdając sobie sprawę, że pali za sobą wszystkie mosty - jednocześnie próbując zabić ją w sobie. Zaś Maxa opanuje w końcu idee fixe - straceńczy, wręcz autodestrukcyjny pomysł napadu na Bank Rezerw Federalnych. Noodles zdradzi przyjaciela i wsypie go, licząc na to, że Max zostanie aresztowany, zamiast ponieść pewną śmierć w planowanej akcji. Wydarzenia potoczą się jednak inaczej... Jak?

Tego się właśnie nie dowiemy. 35 lat po tamtych wydarzeniach Noodles powróci do Nowego Jorku, by spotkać się z Maxem. By wyjaśnić ciążącą na nim przez te 35 lat winę. Ale nie będziemy mieć pewności, czy wszystkie sekwencje z 1968 roku nie są li tylko narkotycznym majakiem. Cała finałowa sekwencja filmu miesza realizm z fantasmagorią, fakty logiczne z punktu widzenia fabuły - z zachowaniami wytłumaczalnymi jedynie w kategoriach sennego przywidzenia. Plany czasowe i pętle narracyjne zaczynają się nakładać - aż po absolutny majstersztyk kina - enigmatyczny finałowy uśmiech "Noodlesa", zatrzymany stopklatką w ostatnim kadrze filmu. Noodles jest tu jednocześnie młody (tak wynika z fabuły) i stary (co jest logiczne z punktu widzenia psychologii postaci). To ujęcie to bodaj najbardziej wieloznaczne sekundy w historii kina. I co najmniej kilka interpretacji daje się wysnuć i logicznie uzasadnić.

Całe "Dawno temu w Ameryce" przypomina sen - oniryczną, powolną narracją, eksponowaniem detali scenografii (ten spowity dymami Nowy Jork) i celebracją działań bohaterów (długie, dręczące niespełnieniem rozmowy Noodlesa z Deborą), wreszcie choćby natarczywym dzwonkiem telefonu w prologu, który zdaje się sugerować, że wręcz cała historia jest sennym przywidzeniem... Liryczno-patetyczna stylizacja przerywana jest gwałtownymi eksplozjami przemocy, z tą najbardziej wstrząsającą - sceną śmierci małego Dominika, wydarzeniem jednym z najważniejszych w filmie. Senną atmosferę podkreśla jeszcze nierealnie piękna muzyka i komponowane z malarską wprost wrażliwością, zamglone kadry (to skandal, że partytura Ennio Morricone i zdjęcia Tonino Delli Colli nie zostały nawet przedstawione do Oscara - producent Arnon Milchan "zapomniał" o tym, zajęty skracaniem filmu na rynek amerykański).

I gdy kończy się ta niemal czterogodzinna wizja, nie ma wątpliwości, że obcowaliśmy z estetyczną doskonałością, z "filmem, na którym Amerykanie mogą się uczyć robić kino". A także filmem, który w przeciwieństwie do wszystkich innych - jest dziełem otwartym, dającym się interpretować pod wieloma kątami, i niemającym jednego wyjaśnienia. Tu niemal każdy detal scenografii (zegar, telefon, klucz, zdjęcia na ścianach) jest celowy i przemyślany. Każda scena, niemal każda rozmowa niesie ze sobą wiele znaczeń i symboliki. A wszystko ułożone w szalenie zagadkową, ale też zegarmistrzowsko precyzyjną konstrukcję. Dzięki temu do filmu Leone można wracać dziesiątki razy - zawsze odkrywając coś nowego. Jeśli szukać odpowiednika na gruncie literackim, to "Dawno temu w Ameryce"najbliżej chyba jest do siedmioksięgu Marcela Prousta. I określanie jego wartości tylko "gangsterską" przynależnością gatunkową nie wyczerpuje jego bogactwa nawet w 10 procentach - w porównaniu z nim "Ojciec chrzestny" jest filmem przejrzystym i prostym jak taboret.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 85% uznało tę recenzję za pomocną (97 głosów).
misiek_st
ocenia ten film na:
1 10 10/10 arcydzieło!

przeczytaj również recenzje użytkowników (6)

zobacz wszystkie