Recenzja filmu Escape Room (2017)
Will Wernick

Pokój zwierzeń

Gatunkowo "Escape Room" to pogrobowiec serii "Piła" z delikatnym twistem w postaci bohaterów, którym trudno kibicować. Na przekór tradycji torture porn, uświadamiającej, że nieszczęśnicy różnych ...
Filmweb sp. z o.o.
Nie ma ucieczki. Dosłownie i w przenośni - w czasie gdy bohaterowie filmu walczyli o życie w śmiertelnej pułapce, ja walczyłem ze snem w kinowym fotelu. Chociaż twórcy filmu dwoją się i troją, by rozkręcić karuzelę grozy, finezji starcza im jedynie na scenę namiętnego pocałunku w oparach stężonego kwasu. "Dobre i to" - odparłem dziesięć lat za późno.


Gatunkowo "Escape Room" to pogrobowiec serii "Piła" z delikatnym twistem w postaci bohaterów, którym trudno kibicować. Na przekór tradycji torture porn, uświadamiającej, że nieszczęśnicy różnych stanów i zawodów posiadają tę samą barwę krwi, tutaj z taśmociągu zjeżdżają pretensjonalne i zadufane w sobie bałwany, których chciałoby się własnoręcznie torturować. Ich czyśćcem okazuje się tytułowy escape room - ostatni krzyk mody, gra nagradzająca inteligencję, umiejętność logicznego myślenia oraz orientację w przestrzeni. Pytanie, które zadają twórcy, jest prowokujące: jak poradzić sobie bez tych cech?
   
Chociaż rozdająca talenty Bozia nie była dla nikogo zbyt szczodra, ofiary sadystycznego psychopaty jakoś pokonują kolejne łamigłówki i w regularnie uszczuplanym składzie brną w stronę napisów końcowych. Scenarzysta tymczasem wyciąga z kapelusza kolejne niespodzianki: tu zdrada, tam romans, raz kłamstwo, to znów sekret z przeszłości. Napina się na opowieść o ludziach prześladowanych przez własne demony, ujawniających najgorsze instynkty, odsłaniających mroki duszy. A jednak jakimś cudem zamiast antropologicznego traktatu o naturze bestii wychodzi mu piramidalny kicz. Spora w tym zasługa reżysera, który zasadę decorum ma obcykaną i kuriozalny tekst inscenizuje w równie kuriozalny sposób. Jeszcze większa - operatora i montażysty, dla których język kina grozy kończy się na niedoświetlonych kadrach i "dramatycznych" reaction shotach. Największa - wyrównanej stawki aktorskiej, dzięki której emocjonalna amplituda praktycznie nie istnieje. Strasznie fajnie to wyszło, nie powiem.


Ponieważ przywykłem już do tego, że twórcy podobnej, horrorowej pulpy regularnie podkradają mi czas i spokój, nie czuję się obrażony filmem Willa Wernicka. Przynajmniej dwa zgony zasługują tu na tydzień chwały w mojej pamięci, zaś w roli niepozornej Annabelle Stephenson widać nie tylko wstyd, ale i pragnienie błyskawicznej pokuty - jako jedyna próbuje ulepić z tych krzyków i wybałuszonych oczu jakąś postać. To oczywiście za mało i w ramach weekendowej alternatywy sugerowałbym raczej prawdziwy escape room. Sala kinowa się nie liczy.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 97% uznało tę recenzję za pomocną (34 głosy).
Michał Walkiewicz
ocenia ten film na:
1 10 3/10 słaby