Recenzja filmu Last Minute (2013)
Patryk Vega

Polak potrafi?

Film nie jest jednak zabawny, a bohaterowie sprawiają wrażenie wyciętych z papieru. Nic się tu zresztą nie klei, scenariusz obfituje w niekonsekwencje. Sceny aktorskie wydają się nakręcone przez ...
Filmweb sp. z o.o.
Polak potrafi – to pierwszy wniosek, jaki rodzi się w głowie po seansie "Last Minute" Patryka Vegi. Nasi rodacy, nawet rzuceni na obce tureckie ziemie i wbrew początkowym przeciwnościom losu, zawsze są w stanie wyjść na swoje. Tu coś zakręcą, tam pokombinują i kłopot z głowy. Choć brzmi to jak pochwała ludu znad Wisły, ta zaradność budowana jest na dość niefortunnym fundamencie. Nasi bohaterowie dają co prawda radę, ale pokazują się przy okazji od niezbyt dobrej strony. Podobnie z naszymi filmowcami, którzy po raz kolejny uginają się pod ciężarem gatunkowej konwencji.

Tomek (Wojciech Mecwaldowski) i jego rodzina nieoczekiwanie wygrywają wycieczkę do Egiptu. Kłopoty zaczynają się oczywiście już na starcie – bohaterowie gubią bagaże na lotnisku. Pierwsze godziny za granicą to zresztą szereg kompromitacji, w większości wynikających z głupoty, niezaradności i ignorancji protagonistów. (Tym ciekawsze, że chwilę potem są już obrotni, jak trzeba.) Do każdego mówią po polsku – tylko głośniej i wolniej – i wchodzą z butami tam, gdzie ich nie chcą; na przykład do hotelowej kuchni, żeby zrobić sobie... śniadanie. Wiadomo – podstawowym narzędziem z komediowego arsenału jest karykatura, przerysowanie. Ale gruba humorystyczna krecha nie służy tu krytyce. W zasadzie nie służy niczemu, bo okazji do śmiechu tu niewiele.

Dużą część filmu reżyser spędza co prawda na wykpiwaniu przywar Polaków, w końcu jednak i tak konstatuje, że "nasze jest najlepsze". Przy okazji konstruuje niemal kolonialną, naszpikowaną narodowymi stereotypami, narrację. Nasi bohaterowie wciąż mówią o Egipcie z góry, nazywając go "dzikim krajem" czy "czarnym lądem". Kulminacją tej tendencji jest oczywiście Wigilia, którą urządzają, żeby dotrzymać narodowego zwyczaju. Za Świętego Mikołaja robi pewien Egipcjanin, którego obcy akcent Tomek opisuje synkowi (Olaf Marchwicki) jako "lapoński". W końcu wszystkie obce akcenty mają tę samą wspólną cechę – są obce.

Skoro mamy tu opowieść o wyższości narodu Polskiego, który nawet swoje wady potrafi przekuć na zalety, konieczne jest również uwznioślenie fundamentu naszej siły narodowej: rodziny. Polska familia poradzi sobie wszędzie i biada tym, którzy są jej przeciwni! Mamy na przykład scenę (nie)wzruszającego ojcowskiego wyznania, jakim Tomek kupuje przychylność swojej córki Dominiki (Klaudia Halejcio): mówi, że się nią opiekował po śmierci matki, że trzymał ją na rękach i tak dalej. Ale prorodzinna propaganda filmu Vegi najsilniej daje sobie znać w wyborze czarnego charakteru. Zły do szpiku kości jest oczywiście ten facet, który nie chce mieć dzieci (Bartłomiej Świderski).

Na całą tę niefortunność obyczajową można by jeszcze przymknąć oko, gdyby "Last Minute" spełniało podstawowe funkcje lekkiej, familijnej komedii, jaką stara się być. Film nie jest jednak zabawny, a bohaterowie sprawiają wrażenie wyciętych z papieru. Nic się tu zresztą nie klei, scenariusz obfituje w niekonsekwencje. Przykładowo: twórcy pokazują nam, że marząca o karierze piosenkarki Dominika to wokalny antytalent, ale już chwilę potem dziewczyna daje koncert niczym gwiazda estrady. Inna sprawa, że w oczywisty sposób śpiewa z playbacku - ale to chyba realizacyjna niedoróbka. Takich jest tu zresztą więcej. Sceny aktorskie wydają się na przykład nakręcone przez zupełnie inną ekipę niż pocztówkowe ujęcia Egiptu, które wyglądają jak wzięte z jakiejś darmowej bazy widoczków.

Cały film sprawia wrażenie sklejonego w pośpiechu, robionego faktycznie na "last minute". Amerykanie mówią co prawda "last but not least" ("ostatni nie znaczy najgorszy") - ale akurat w tym wypadku nie mieliby racji.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 72% uznało tę recenzję za pomocną (199 głosów).
Jakub Popielecki
ocenia ten film na:
1 10 2/10 bardzo zły

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)