Recenzja filmu Ana, mon amour (2017)
Calin Peter Netzer

Pozycja ojca

Mimo mistrzowskiego spięcia w całość skomplikowanej narracji, mimo realistycznego oddania meandrów toksycznego związku, "Ana, mon amour" gubi się w wielkiej liczbie roszczeń: do analitycznej ...
Filmweb sp. z o.o.
Rumuńskie kino zdążyło nas już przyzwyczaić do pewnej stylistycznej powtarzalności - w dobrym tego słowa znaczeniu. Naturalizm, surowe zdjęcia, psychologiczny ciężar, wielowymiarowe portrety rodzinne. To wszystko jest bez dwóch zdań obecne w nowym filmie autora nagrodzonej Złotym Niedźwiedziem "Pozycji dziecka"Netzer nie zamierza jednak zbierać pochwał wyłącznie jako rzetelny kopista - "Ana, mon amour" jest realistyczna na poziomie obrazu, ale już nie w skomplikowanej, rozłożonej na blisko 10 lat narracji. Jeżeli oczekujecie linearnie rozwijającej się historii, to przynoszę złą nowinę - nic z tego. 

Struktura filmu jest za to bliska modernistycznej powieści: wydarzenia nie są przedstawione w porządku chronologicznym, układają się raczej wokół osi przełomów we wspólnym życiu Any i Tomy. Raz widzimy parę uprawiającą seks w akademiku, żeby za chwilę przenieść się w czasie o kilka lat - kiedy bohaterowie są już po rozwodzie - a następnie znowu wylądować w przeszłości, ale trochę mniej odległej. O tych skokach informują drobne zmiany akcentów: nowy kolor włosów Any albo łysina Tomy. Formalne skomplikowanie narracji jest oczywiście częścią szerszego konceptu: Netzer stara się pokazać rozpad związek u z perspektywy kozetki psychoanalityka. A tam, jak wiadomo, mówi się wszystko, co w trakcie sesji przychodzi pacjentowi do głowy. Po nici luźnych skojarzeń i wspomnień docieramy do kłębka oświecenia. 

Na razie jesteśmy jednak w labiryncie pełnym ślepych uliczek, a drogę wyjścia rysujemy na bazie rozproszonych epizodów "z życia". Relację Toma i Any odkrywamy oczami męskiego protagonisty, przez filtr jego wrażliwości i doświadczeń. Anę reżyser od początku przedstawia jako wstydliwy problem: pierwszy pocałunek bohaterów jest w pewnym sensie konsekwencją jej ataku paniki (czy to wystudiowany sposób na podryw?). Z czasem rozwijające się problemy emocjonalne wpędzają dziewczynę w depresję, a nowy partner z dużym entuzjazmem wchodzi w rolę opiekuna, który śledzi każdy ruch i monitoruje zmiany nastrojów. Na fundamentach domniemanej choroby psychicznej rośnie toksyczna relacja zależności: bez Tomy Ana nie jest już w stanie przejść spokojnie przez ulicę, umówić się na wizytę u ginekologa, wysiedzieć na uczelni. Netzer uzupełnia skomplikowaną codzienność bohaterów o szerokie tło rodzinne: Ana wychowała się w ciasnym mieszkaniu z agresywnym ojczymem, Toma dźwiga brzemię dawnego romansu matki i wstydzi się za własnego ojca. Krok po kroku, reżyser wyciąga na wierzch nieświadome motywy kierujące bohaterami i odwraca role, ale tylko po to, żeby na końcu pobawić się w jeszcze głębszą introspekcję.      

W psychoanalitycznych wytrychach czai się niestety coś głęboko naiwnego - rodzaj determinizmu, nadmiernej wiary w formujące znaczenie przeszłości, rodzinne „długi emocjonalne” spłacane do śmierci przez kolejne pokolenia. Psychologiczny fatalizm - w subtelnej przewrotce - zmienia ukształtowany w pierwszej połowie filmu obraz Tomy i stawia nas jakby po drugiej, ciemnej stronie lustra, gdzie empatia czy troska to jedynie inne określenia emocjonalnej przemocy. Odbywa się to jednak w sposób zbyt deklaratywny, można nawet powiedzieć - kliniczny - bo odpowiedzi udzielane przez Netzera mają formę klasycznych diagnoz. Materializuje się również sama kozetka, do tej pory obecna w formie narracyjnej matrycy, a nie rzeczywistego rekwizytu. Film najlepiej wypada za to w momentach subtelnego komizmu, który dosłownie rozsadza od środka melodramatyczną historię - w pamięć zapada choćby scena spowiedzi, kiedy prawosławny ksiądz recytuje z pamięci tabloidowe formułki o rzucaniu palenia. Konfrontowanie ze sobą różnych form "kuracji duszy" - a każda, czy to psychoanaliza, czy religia, rości sobie prawo do ostatecznych odpowiedzi - jest interesującym tropem, chociaż, jak się zdaje, porzuconym na etapie wstępnego rozpoznania. 

Mimo mistrzowskiego spięcia w całość skomplikowanej narracji, mimo realistycznego oddania meandrów toksycznego związku, "Ana, mon amour" gubi się w wielkiej liczbie roszczeń: do analitycznej głębi, do diagnozowania źródeł zaburzeń, opowiadania o rodzinnych skazach i pułapkach wiary. Takie "zagęszczanie" materiału dzieli tylko krok od groszowej psychologii. Można też spojrzeć na film Netzera jako na zawoalowaną krytykę patriarchatu - histeria jest tutaj produktem troski, ma utrzymywać kobietę w stanie podporządkowani i bronić kruchego męskiego ego przed widmem słabości. Ale jeśli tak jest w istocie, to gdzie w tym wszystkim jest Ana? Czemu nie słyszymy jej głosu, nie patrzymy jej oczami, nie poznajemy jej zdania? Chciałoby się zobaczyć ten sam obraz, ale opowiedziany z dwóch perspektyw. Reżyser konsekwentnie wybiera jednak "pozycję ojca" - zza wezgłowia kozetki mówi, jak jest. Czy jego diagnozy są trafne? O tym pewnie najlepiej przekonać się samemu. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 71% uznało tę recenzję za pomocną (7 głosów).
Marcin Stachowicz
ocenia ten film na:
1 10 6/10 niezły