Recenzja filmu 120 uderzeń serca (2017)
Robin Campillo

Pozytywni i negatywni

Robin Campillo się stara. Stara się złożyć film quasi-dokumentalny i fabularnie nieliniowy zarazem. W jednej ze scen z "120 uderzeń serca" widzimy grupę rozentuzjazmowanych działaczy ACT UP z ...
Filmweb sp. z o.o.
Robin Campillo się stara. Stara się złożyć film quasi-dokumentalny i fabularnie nieliniowy zarazem. W jednej ze scen z "120 uderzeń serca" widzimy grupę rozentuzjazmowanych działaczy ACT UP z pomponami, którzy w przypływie euforii wyrażają samych siebie i agitują ludzi. Myślę, że w podobną euforię wpadł reżyser, próbując pogodzić niespójne i pretensjonalne zabiegi formalne. Rezultat: piękne zdjęcia i brak zrozumienia. I nie ma się co dziwić. 

U schyłku lat 80. powstała w Paryżu swoista filia organizacji ACT UP, działającej na rzecz uświadamiania, poprawy sytuacji i praw osób dotkniętych chorobą AIDS. Na wstępie zostajemy wprowadzeni razem z 4 nowymi członkami w struktury ACT UP Paris. Spotkania polegają na wolnej wymianie zdań przez członków, a aprobatę wyraża się pstryknięciem palca. Przed ruchem staną trudne do przezwyciężenia zadania, konflikty ideologiczne i polityczne, ale na pierwszy plan wysunie się ten najważniejszy - choroba. Postępująca epidemia zbiera żniwa i żaden homoseksualista nie czuje się swobodnie.

Zwłaszcza w początkowej fazie filmu widać tendencje do artyzmowania i arthouse'owania konwencji dokumentalnej. Rozumiem przez to długie, samotne ujęcia miasta, osnute delikatną, senną nutą. Podobny zabieg miał miejsce nie tak dawno w "21 x Nowy Jork", co pomogło przedstawić wielką aglomerację miejską wyzbytą z analogicznie wielkich uczuć. W "120 uderzeniach serca" widać podobną tendencję, która nie wychodzi mu niestety na dobre. Złośliwi powiedzieliby, że to zabieg uwydatniający "festiwalowość" (czyt. pretensjonalność) obrazu. Reżyser stara się pokazać samotność i wyobcowanie bohaterów, ale kończy na peryferiach niezrozumienia i niedopowiedzeń. 

Z drugiej strony w podobnym stylu przedstawiona zostaje nam historia bohaterów, z naciskiem na Seana (wyegzaltowany indywidualista, zagrany przez dobrego Nahuela Péreza Biscayarta) - człowieka, który przez chorobę utracił perspektywy i nadzieję w życiu. Z jego strony to pesymistyczny obraz, a jedynym motorem napędowym, jaki mu został, staje się zażarta walka z koncernami farmaceutycznymi. W rytm tytułowych uderzeń serca rośnie frustracja i rezygnacja. Chwile euforii to tylko krótkie eksony pośród ciągu przytłaczających i biernych intronów. Co należy szanować to fakt, że reżyser z taką subtelnością wyciągnął ekstatyczne stany bohaterów, czyniąc z nich swego rodzaju rdzeń filmu. 

Znamienne jest przede wszystkim to, że w organizację ACT UP tworzą zarówno zarażeni, jak i zdrowi. Działacze wyzbywają się podziałów, tworząc zwartą komórkę. To stanowi o ich mocy. Mają oni świadomości, że prędzej czy później dojdzie do eskalacji, bo strzykawki są źle dystrybuowane, a leki stają się nieefektywne w działaniu. W akcji łączą się pozytywni, a więc z wirusem HIV, i (jeszcze) negatywni, którzy co chwilę chodzą na badania, wyczekując w końcu przypieczętowującego ich wyroku. Twórcy pokazują nam, jak razem współpracują, stając się przykładem dla każdej społecznej grupy. Znów odwołam się do sceny parady: tam ludzie nie patrzą jeden na drugiego, nie wytykają palcami. Widzimy żywą i prawdziwą euforię, która może przecież być ostatnim krzykiem przed końcem.  

Mamy w końcu lata 90., dla ludzi środowisko LGBT to daleko rygorystyczna sekta dla osób z problemami psychicznymi. W powszechnej opinii funkcjonowało twierdzenie, że homoseksualiści sami sobie na taki los zasłużyli. Dzisiaj film służy jako manifest środowisk mniejszości seksualnych, ale przecież nie tylko. "120 uderzeń serca" trafia do indywidualistów, zamkniętych grup, obarczonych problemami i niepotrafiących stawić im czoła. Stąd  też nigdy nie będę negował wagi dzieła Campillo. Ale przyczepić się można, bo i jest czego. 

Największym mankamentem jest zbytni ekshibicjonizm, staranie się na siłę pokazania czegoś. Aby nie spoilerować napiszę tylko, że miłośnicy zmasowanego soft porno z półki homoseksualnej powinni być zadowoleni. Sceptycy - no niezupełnie. Z autopsji stwierdzam, że niektóre osoby najwidoczniej poczuły się zniesmaczone pewnymi efektami, bo salę opuściło ok. 7 osób (na 30). Ogólnie wydaje mi się, że pokazywanie tej niepowściągliwej namiętności gejów stanowi tu szkopuł, ale nie jestem w stanie obiektywnie stwierdzić, czy to nie ja stanowię problem. Tak, to był żart.

Ze smutkiem ogłaszam, że "120 uderzeń serca" mimo szczerych, tylko trochę emfatycznych chęci jest dziełem od podstaw pretensjonalnym, pozującym na niezależne, co odbija mu się czkawką i dezaprobującą reakcją publiczności. Znakomicie pokazano tu wewnętrzne podziały wśród wybielanych organizacji takich jak ACT UP, ale zrobiono to z taką przeartyzmowaną butą, że seans nie stanowi w sumie przyjemności. Ważny temat i starania jeszcze nie determinują sukcesu i wartości filmu, ale, patrząc na zwycięzcę Grand Prix w tegorocznym Cannes, nagrody już tak. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 14% uznało tę recenzję za pomocną (14 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)