Recenzja gry Shadow of the Colossus (2005)
Fumito Ueda

Prawe ręce zniszczenia

Później mówiono, że człowiek ten nadszedł od północy, od bramy świątynnej – chciałoby się sparafrazować bodaj najsłynniejsze zdanie polskiej fantastyki. I nie jest to bynajmniej skojarzenie na ...
Filmweb sp. z o.o.
Później mówiono, że człowiek ten nadszedł od północy, od bramy świątynnej – chciałoby się sparafrazować bodaj najsłynniejsze zdanie polskiej fantastyki. I nie jest to bynajmniej skojarzenie na wyrost, szczególnie że arcydzieło Fumito Uedy z upływem lat zamiast się starzeć, młodnieje.

photo.title

Nie są to, rzecz jasna, żadne czary-mary, bo kto nie siedział przez ostatni rok pod kamieniem, ten jest jak najbardziej świadomy, że Sony wypuszcza podrasowaną wersję swojego hitu sprzed przeszło dekady, dlatego obędzie się chyba bez tłumaczeń co, kto i dlaczego. Podobny remake to jednak śliska sprawa, szczególnie zrealizowany z tymi samymi aktorami i podług pierwotnego scenariusza. Ba, skserowany niemalże ujęcie po ujęciu! Ale to jednak nie tyle pociągnięcie szminką promiennego uśmiechu na ustach ropiejącego truchła, nie lifting cyfrowym botoksem, lecz generalny remont. Innymi słowy: upiększony "Shadow of the Colossus" to i polakierowana karoseria, i wymieniony silnik. Bardziej "aż" niż "tylko", bo, jakby nie było, rozmawiamy o pozycji nietuzinkowej, która została przystosowana do oka, ucha i łap gracza na co dzień obcującego z grami niepośledniej urody i złożoności, a której szkoda byłoby – i nie wypada! – nie znać, otwarto bowiem przed kolejnym pokoleniem bramę do fantastycznego przeżycia. A i ten, kto przed laty odbił się, zniechęcony, od pada, niech podejmie jeszcze jedną próbę, bo poprawiono sterowanie i ruch kamery, nierzadko doprowadzające do frustracji i wymuszające kolejne, niezawinione przez nas próby pokonania wyjątkowo upierdliwego kolosa. Zresztą dywagacje na temat zasadności podobnego zabiegu wydają się bezzasadne (sic!), bo dwanaście lat od europejskiej premiery oryginału – korzystam z tego terminu umownie, bo "Shadow of the Colossus" to żadna kopia – to przecież nawet nie epoka, ale ze dwie. Dlatego można myśleć o rzeczonym tytule jako pozycji zupełnie nowej, co nie zmieni ani trochę jej podstawowego wyróżnika: to rzecz kompletnie osobna.

photo.title

Sam pomysł na grę jest cokolwiek prosty i koresponduje z nim krystalicznie przejrzysta struktura narracyjna. Dałoby się pewnie to wszystko sprowadzić do konstatacji, że chodzi tu tylko i wyłącznie o pokonanie bossa, tyle że nie jednego, ale szesnastu. Owszem, to generalnie przecież z grubsza punkt kulminacyjny tysiąca innych pozycji, lecz Ueda obudowuje kolejne batalie z tytułowymi kolosami kontekstem fabularnym, umyślnie skąpym. Bo poczynaniom naszego młodego bohatera towarzyszą niemalże archetypiczne dla fantasy figury i intryga, którą streścić wypada króciutko: nieopierzony jeszcze wojownik chwyta za miecz i łuk, siada na grzbiet wiernego rumaka z pozbawionym życia ciałem ukochanej na rękach i udaje się do przeklętej krainy, gdzie bezosobowe, androgeniczne bóstwo obiecuje przywrócić dziewczynie życie w zamian za wyświadczenie pewnej przysługi. Jest nią pokonanie zamieszkujących te ziemie olbrzymów, na poły złożonych z materii organicznej, na poły z kamienia. Z czasem fabuła znajduje swoje zaskakujące rozwinięcie, lecz trzy czwarte gry rozgrywa się w absolutnej ciszy, przerywanej tylko tętentem końskich kopyt, świstem przecinającej powietrze strzały i hukiem powalonego na ziemię kolosa. Każdy gigant jest osobnym bossem, którego trzeba pokonać, jakżeby inaczej, nie na rypał, ale pewnym "sposobem". Czyli należy wypatrywać słabego punktu i studiować powtarzalne ruchy olbrzyma, ucząc się schematu jego zachowań. Na swojej drodze nie spotykamy żadnego innego przeciwnika poza skalnymi kolosami, nie łazimy na questy, nie zbieramy monet i nie gromadzimy ekwipunku, choć jest tutaj też co nieco do odkrycia. Aura gry jest iście kontemplacyjna, żeby nie powiedzieć melancholijna, nawet sekwencje batalii z gigantami okraszone są przeważnie nastrojową muzyką. Bo "Shadow of the Colossus" to przede wszystkim fantastyczny – dosłownie i metaforycznie – klimat, atmosfera prawdziwej niesamowitości utkana z niedopowiedzenia, co czyni gracza swoistym współautorem fabuły; nie sposób nie poświęcić choćby chwili refleksji nad mijanymi ruinami, nie zastanowić się, kto i po co je zbudował, co się tu kiedyś mogło mieścić.

photo.title

Zabrzmi to pewnie czerstwo, lecz "Shadow of the Colossus" to nie tyle gra, co iście baśniowe przeżycie, doświadczenie opowieści. Powrót po latach nad te mętne wody, na martwe pustynie i ukwiecone polany jest równie intensywny, co dawno, dawno temu. Trudno zakończyć recenzję takim akcentem, jakim swoją historię zamknął Ueda, dlatego po prostu postawię teraz kropkę.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 57% uznało tę recenzję za pomocną (23 głosy).
Bartosz Czartoryski
ocenia tę grę na:
1 10 9/10 rewelacyjna