Recenzja filmu Obcy: Przymierze (2017)
Ridley Scott

Profanacja serii

Nakreślenie genezy obcego to jeden z najbardziej rozczarowujących momentów całej serii przynoszący hańbę kultowym poprzednikom. Jakby tego było mało, "Przymierze" sili się na kiczowate próby ...
Filmweb sp. z o.o.

Cykl filmów o "Obcym" to kult w najczystszej postaci, który trwa po dziś dzień. Każda kolejna odsłona miała własny, niepowtarzalny charakter; każda jednak idealnie wpasowywała się w rozbudowane uniwersum. Duża w tym zasługa roszad na stołku reżyserskim, gdyż następujący po sobie twórcy chcieli odcisnąć własne piętno na serii. Pierwsza część była istnym przełomem i klimatycznym dreszczowcem, druga postawiła zaś na większą dozę niczym nieskrępowanej akcji. O ile filmy Scotta i Camerona są niemalże jednogłośnie wielbione przez fanów, tak "trójka" i "czwórka" wzbudziły znacznie większe kontrowersje. Dzieło Finchera ganione było choćby za dziurawy scenariusz, obraz Jeuneta z kolei zebrał cięgi z powodu humorystycznych wstawek i chybionych pomysłów. Osobiście darzę sympatią całą antologię, z "Decydującym starciem" i "Przebudzeniem" na czele. Tym większym rozczarowaniem był dla mnie niedawny "Prometeusz", który w pierwotnych założeniach planowany był jako odrębna historia niezwiązana z serią. Naciski producentów zrobiły swoje, Ridley Scott zmierzył się z własną legendą... i poległ z kretesem. Niestety, "Obcy: Przymierze" także raczej nie zrehabilituje twórcy w oczach wiernych kinomanów. Ba, zaryzykowałbym stwierdzenie, iż najnowsza odsłona to istna profanacja cyklu i jego najgorsza część niegodna poprzedników.



Statek kolonialny "Przymierze" transportuje przyszłych osadników na planetę oddaloną o wiele lat świetlnych od Ziemi. Pasażerowie wprowadzeni zostali w stan kriogenicznego snu. Niestety, pewne wydarzenia na pokładzie budzą załogę z błogiego odpoczynku. Oram (Billy Crudup) przejmuje dowodzenie i decyduje się lądować na pobliskim terenie mającym stanowić idealne miejsce na założenie kolonii. Android Walter (Michael Fassbender) i część ekipy udają się na eksplorację imponującej planety. Szybko okaże się jednak, iż pozorny raj utracony jest tak naprawdę piekłem, w którym czai się niebezpieczeństwo. Personel statku podejmuje walkę z krwiożerczymi monstrami, na szczęście z pomocą przychodzi załodze David (Michael Fassbender), inny android biorący niegdyś udział w ekspedycji na pokładzie "Prometeusza". Jedno jest pewne – ktokolwiek wygra, my przegramy...



Jedną z największych wad "Prometeusza" było idiotyczne zachowanie bohaterów, którzy winni być racjonalnie myślącymi naukowcami. Załoga z poprzedniego filmu miała jednak w głębokim poważaniu jakiekolwiek zasady i zdrowy rozsądek, co w dużej mierze stanowiło motor napędowy kolejnych absurdalnych zdarzeń. Wydawałoby się, iż chociaż w tym aspekcie fabularnym scenarzyści nie dadzą ponownie plamy i popracują nad bardziej logicznymi decyzjami podejmowanymi przez protagonistów. Niestety, najwyraźniej można wejść dwa razy do tej samej rzeki i popełnić te same gafy... O ile lądowanie na nieznanej planecie jakoś się broni ze względu na ukazanie sprzecznych opinii dzielących ekipę, tak dalsze wydarzenia to ciąg ko(s)micznych zbiegów okoliczności niczym z nieśmiesznego, kabaretowego skeczu. Przebojem jest w tym przypadku zachowanie Maggie, której przytrafiają się po kolei wszelkie możliwe przeciwności losu. Końcowy rezultat jej potyczki z obcym można by skwitować sarkastycznym: "i daj tu kobiecie broń..."



Chciałbym, żeby na tym zakończyły się kuriozalne pomysły scenarzystów. Jak jednak mawia przysłowie, "im dalej w las, tym więcej drzew". Scott i spółka odkryli niemalże wszystkie karty, odzierając kosmicznego drapieżcę z misternie budowanej otoczki tajemnicy. Nakreślenie genezy obcego to jeden z najbardziej rozczarowujących momentów całej serii przynoszący hańbę kultowym poprzednikom. Jakby tego było mało, "Przymierze" sili się na kiczowate próby wprowadzenia wątków filozoficznych do miałkiej fabuły, co dodatkowo spowalnia i tak niezbyt wciągającą narrację. Niesławna scena z fletem to jeden z nieudolnych znaków przystankowych, który być może sam w sobie miałby rację bytu... ale nie w tej produkcji. Mogę się mylić, ale żadna z czterech części cyklu nie dosztukowywała nachalnej filozofii do rozgrywających się na ekranie wydarzeń. To widz sam miał wyciągnąć odpowiednie wnioski czytając między wierszami; ewentualny przekaz nie był podawany mu w tak łopatologiczny sposób, jak w najnowszym dziele Scotta. Szczytem wszystkiego jest natomiast "quasi-matrixowy" pojedynek na modłę starcia Neo z Agentem Smithem, który pasuje do uniwersum "Obcego" jak pięść do nosa. Doskonale rozumiem, że rwane ujęcia i dynamiczne wymiany ciosów zwyczajnie się sprzedają w obecnym kinie, ale takie zabiegi ni w ząb nie przystają do mrocznego charakteru filmów o ikonicznym potworze.



Nie lubię znęcać się nad kinowymi produkcjami, gdyż wiem ile wysiłku i zaangażowania wymaga stworzenie choćby krótkiego metrażu, nie wspominając o blockbusterze. Aczkolwiek trudno mi wypowiadać się w superlatywach o obsadzie i głównych bohaterach, którzy są zwyczajnie bezpłciowi. Pamiętacie "Decydujące starcie" w którym każdy pojedynczy żołdak miał swoją własną historię i wyróżniał się w jakiś sposób? Cóż, w "Przymierzu" kolektyw postaci jest tak bezbarwny, jak i sam film. Z pewnością potencjał na świetną załogę był, został on jednak zduszony w zarodku przez samych twórców. Ot, choćby taki kowboj o wdzięcznym imieniu Tennessee mógł zdecydowanie bardziej zapadać w pamięć, a tak robi tylko za tło. Na osłodę przyznam szczerze, iż podwójna rola Michaela Fassbendera jest jednym z nielicznych jasnych punktów obrazu. Sam pomysł na zestawienie dwóch podobnych modeli androidów, jeno o różnym stopniu zaawansowania, jest ciekawym precedensem w serii. W dodatku aktor otrzymał przy okazji szansę na rozwinięcie skrzydeł, co udało mu się wykorzystać w subtelny sposób, bez zbędnego szarżowania.



Na szczęście poza pseudofilozoficznymi mieliznami film ma parę niezłych scen akcji i napięcia, które odrobinę ratują obraz przed kompletną klapą. Co więcej, paradoksalnie produkcja jest naprawdę porządnie nakręcona od stricte reżyserskiej strony, co udowadnia, że przynajmniej warsztatowo Pan Scott nadal ma w sobie resztki talentu. Widok z perspektywy obcego na modłę "trójki" ze zdeformowanymi krawędziami obrazu dodaje filmowi dynamizmu, kadry dobrane z wprawą w większości wypadków są odpowiednio czytelne (poza sekwencją końcową z opiłkami przysłaniającymi widok), w końcu same najazdy kamery to rzemieślnicza robota. Cóż jednak z tego, jeśli skrypt to potwarz dla prawdziwego fana cyklu? O żenującym, sygnalizowanym na kilometr "twiście" nawet nie wypada wspominać...



Z zasady nie kopie się leżącego, dlatego zakończę swoją recenzję pozytywnym akcentem. Zazwyczaj staram się nie opluwać jadem nawet tragicznie słabych produkcji, tym niemniej w tym przypadku zrobiłem wyjątek, gdyż bezwstydny skok na kasę kosztem jednej z moich ulubionych serii nie może ujść nikomu płazem. Przynajmniej najświeższe wieści z kas biletowych napawają umiarkowanym optymizmem. Otóż, moi drodzy Czytelnicy, "Obcy: Przymierze" na chwilę obecną wypadł poniżej oczekiwań pod względem wpływów, co oznacza, iż widzowie zagłosowali wreszcie portfelami. Wciąż tli się zatem iskierka nadziei na to, że Pan Blomkamp otrzyma w końcu szansę na zrealizowanie pełnoprawnej piątej części cyklu jeśli tylko Ridley Scott mu na to łaskawie pozwoli. A skoro sequel "Prometeusza" zawiódł na wszystkich polach, to być może wytwórnia pomyśli dwa razy, nim da zielone światło finalnej odsłonie nowej trylogii. Czułem w kościach, iż "Przymierze" będzie złym filmem, ale rzeczywistość i tak przerosła moje skromne oczekiwania. Bzdura do kwadratu.

Ogółem: 4+/10

W telegraficznym skrócie: mocno naciągana "czwórka z plusem" tylko za klimatyczne otwarcie i wybrane momenty; scenariusz pisany na siłę i bez szacunku dla poprzedników; niektóre fabularne motywy to szczyt kiczu; nawet efekty specjalne nie wybijają się ponad przeciętność; na plus rola Fassbendera, samo zestawienie androidów oraz niektóre potyczki z obcym(i); filozoficzne wstawki niczym z ciasteczek z wróżbą można było sobie darować; a ja narzekałem na "Prometeusza"...
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 78% uznało tę recenzję za pomocną (175 głosów).
kulak4
ocenia ten film na:
1 10 4/10 ujdzie

przeczytaj również recenzje użytkowników (7)

zobacz wszystkie