Recenzja filmu Spider-Man: Homecoming (2017)
Jon Watts

Przedszkole superbohatera

Nowa odsłona przygód człowieka-pająka jest najzabawniejszym filmem Marvela od czasów "Ant-Mana". Gwarantuje niezobowiązującą rozrywkę i posiada wyrazistych bohaterów.
Filmweb sp. z o.o.
W ciągu 15 lat Fabryka Snów uraczyła nas 5 produkcjami o perypetiach Petera Parkera i za każdym razem zarabiała na tym kokosy. Nikt przy zdrowych zmysłach nie zażyna kury znoszącej złote jaja toteż tandem Marvel&Sony uraczył nas rebootem serii.
Scenarzyści poszli po rozum do głowy i nie męczą widza po raz wtóry  wyświechtanym wstępem o jadowitym pająku i śmierci wujka Bena. Prolog poniekąd miał miejsce w filmie "Kapitan Ameryka:Wojna bohaterów" gdzie kilkuminutowy występ zaliczył nowy pajęczak. Błyskawicznie podbił serca fanów Marvela swoją nieporadnością, humorem i młodzieńczym optymizmem. Tą właśnie filmową drogą poszedł reżyser Jon Watts ("Klaun" i "Cop Car").
Nastoletni Peter Parker (świetny Tom Holland) wciąż oswaja się ze swoim alter ego, a pomóc ma mu w tym jego mentor - sam Tony Stark (Robert Downey Jr.). Spiderman używa swoich nadnaturalnych zdolności do walki z przestępcami, ale pewnego razu omal nie ginie w starciu z nimi. Z opresji ratuje go Ironman, który zakazuje chłopakowi dalszych ekscesów. Nietrudno zgadnąć, że Parker nie posłucha fundatora Avengers…
Stylistyka "Spiderman:Homecoming" przywołuje na myśl komedie młodzieżowe sprzed paru dekad. Poczynania Parkera czy jego pucułowatego kumpla Neda raz po raz wywołują uśmiech na twarzy. Są ciekawscy, ironiczni i niezwykle naturalni. Tacy jak my ich wieku dlatego też tak łatwo zdobywają serca widzów. Oczywiście serwowany humor nie jest najwyższych lotów, ale czego spodziewać się po letnim blockbusterze? Przecież nie hamletyzowania. Ma być lekko, łatwo i przyjemnie. Czas na refleksje przyjdzie wraz z premierą drugiej części. Przynajmniej taką mam nadzieję.
Jak dobrze, że w tym filmie prawie wcale nie ma hollywoodzkiego patosu, a całość dzieje się w mikroskali. Komunały o ratowaniu świata? Nie tym razem. Nawet czarny charakter Vulture (świetny, pełnokrwisty Michael Keaton) wydaje się przyziemnym facetem, który swoje racje uzasadnia całkiem rozsądnie. Raczej dodatkiem są tutaj kobiety. Na krótko poznajemy ciocię May (Marisa Tomei) i obiekt westchnień Petera – Liz (Laura Harrier).
O scenach akcji wypada wspomnieć, że są takie jak powinny być aczkolwiek nie przeżyjemy w tym względzie niczego rewelacyjnego. W dodatku końcowy pojedynek momentami był po prostu nieczytelny. W ramach czepialstwa dodam, że ścieżka dźwiękowa niczym się nie wyróżnia.
Nowa odsłona przygód człowieka-pająka jest najzabawniejszym filmem Marvela od czasów "Ant-Mana". Gwarantuje niezobowiązującą rozrywkę i posiada wyrazistych bohaterów. A jednak czegoś mi w tym filmie zabrakło.  Może to kwestia tego, że ten film jest trochę jak guma do żucia? Smaczna, ale…jednorazowa? Do innych filmów o superbohaterach wrócę. Do tego już nie. Ode mnie mocne 7/10, ale myślę, że nastolatkowie spokojnie mogą podnieść końcową notę.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 64% uznało tę recenzję za pomocną (14 głosów).
Qjaf
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (3)