Recenzja filmu Zerwany kłos (2016)
Witold Ludwig

Przyrzeczona Bogu

"Zerwany kłos" został zrealizowany z myślą o specyficznej publiczności. Spotkałem jej przedstawicieli na pokazie prasowym, obserwowałem ukradkiem ich reakcje w trakcie seansu. Widziałem, że ...
Filmweb sp. z o.o.
Bądźmy szczerzy: tej recenzji nikt nie potrzebuje. Część z Was zobaczy "Zerwany kłos" niezależnie od tego, jakie oceny będzie zbierał. Niektórzy odbiorą pewnie krytyczne opinie o debiucie Witolda Ludwiga jako atak wymierzony w ich  światopogląd oraz wyznawane wartości. Z drugiej strony jest cała masa widzów, których wołami nie dałoby się zaciągnąć na pierwszy pełnometrażowy film wyprodukowany przez ojca Rydzyka oraz fundację Lux Veritatis. Ci kinomani również nie czekają na recenzje "Kłosa". Słusznie podejrzewają, że nie jest to dzieło będące w stanie przemówić do ich wrażliwości.


Paradoksalnie i jedni, i drudzy mają rację. "Zerwany kłos" – opowieść o błogosławionej męczennicy Karolinie Kózkównie zamordowanej przez rosyjskiego żołnierza w 1914 roku – został bowiem zrealizowany z myślą o specyficznej publiczności. Spotkałem jej przedstawicieli na pokazie prasowym, obserwowałem ukradkiem ich reakcje w trakcie seansu. Widziałem, że przeżywają oni film Ludwiga zupełnie, jakby uczestniczyli w liturgii. Obrzędu religijnego nie da się zaś ocenić w kategoriach dobry-niedobry-ujdzie. Wiadomo, homilia i wokal organisty mogą pozostawiać wiele do życzenia, ale to przecież nie one są sednem uroczystości. Jeśli więc nie wybieracie się na "Zerwany kłos" z podobnym nastawieniem, najlepiej nie wybierajcie się na niego w ogóle.

Z artystycznego punktu widzenia utwór Ludwiga trudno bowiem zaliczyć do udanych. To kino, któremu obce są niuanse, wypełnione po brzegi oczywistymi metaforami i papierowymi dialogami. Rosjanie są tu tak demoniczni i zbydlęceni, że wydają się wręcz postaciami z kreskówki, główna bohaterka co rusz przechadza się – cała na biało – wśród złocistych łanów zboża, zaś jedna z postaci sypie jak z rękawa aforyzmami w rodzaju: Jej serce jest jak spustoszona winnica, w której na nowo trzeba zaszczepić pragnienie życie. Nie pomaga również fakt, że wątłą fabułę, którą spokojnie dałoby się zmieścić w krótkim metrażu, Ludwig rozwałkowuje do 95 minut. Jego ulubiony sposób na sztuczne wydłużanie filmu to… kręcenie jak największej liczby ujęć w zwolnionym tempie. I jakby tego było mało, w natłoku pobocznych wątków rozmywa się postać Karoliny granej z przesadną emfazą przez debiutantkę Aleksandrę Hejdę. Po seansie trudno powiedzieć o bohaterce coś więcej niż to, że była dobrym, miłującym Boga dzieckiem. Być może jednak taki właśnie był zamysł twórców? Może owo przejaskrawienie i przesadna prostota są celowymi środkami artystycznymi dopasowanymi do oczekiwań "targetu"? Może.


Rozmyślnie nie piszę tu ani o wymowie dzieła, ani o tym, jak jego twórcy podchodzą do kwestii wiary, Kościoła i męczeństwa. Recenzje filmów religijnych na Filmwebie niezmiennie budzą dużo (za dużo!) złych emocji. W oczekiwaniu na lepsze czasy, gdy o kinie takim jak "Zerwany kłos" będziemy mogli rozmawiać bez obrzucania się inwektywami, stawiam ocenę 5/10. W zależności od tego, do której z wymienionych na początku grup widzów należycie, możecie do niej dodać lub odjąć co najmniej trzy gwiazdki. Oceniajcie.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 68% uznało tę recenzję za pomocną (133 głosy).
Łukasz Muszyński
ocenia ten film na:
1 10 5/10 średni

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)