Recenzja filmu Gość (2014)
Adam Wingard

Puk! Puk!

Początek "Gościa" jest niepozorny. Zaczyna się jak ckliwa historyjka wymyślona przez Nicholasa Sparksa, następnie mamy kino inicjacyjne z elementami buddy film, pod koniec mamy już pełnokrwisty ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Gość (2014)
Kiedy spojrzymy na współczesne kino, zdamy sobie sprawę, że rzadko kiedy zdarzają się filmowe niespodzianki. Wszystko jest dokładnie wykalkulowane, zachowawcze i nastawione na zysk. Filmy już dawno stały się typowymi produktami, w których nie ma miejsca na odrobinę szaleństwa czy ryzka, przez co ciężko jest zaskoczyć współczesnego kinomana. Na szczęście nawet dzisiaj zdarzają się perełki jak rewelacyjny "Gość" Adama Wingarda, ukazujący tę zanikającą, magiczną zabawę z kinem i jego formą.



Do drzwi domu Petersonów puka nieznajomy. Kiedy gospodyni Laura (Sheila Kelley) otwiera, mężczyzna przedstawia się jako David (Dan Stevens) i mówi kobiecie, że jest przyjacielem jej nieżyjącego syna, z którym służył razem w wojsku. Wzruszona Laura zaprasza gościa do swojego domu. Wkrótce David poznaje resztę domowników – Spencera (Leland Orser), który jest głową rodziny, prześladowanego przez rówieśników z ogólniaka Luke'a (Brendan Meyer) oraz pracującą w podrzędnym barze Annę (Maika Monroe). Choć z początku gospodarze są bardzo sceptycznie nastawieni do młodego żołnierza, to wkrótce udaje mu się zjednać sobie sympatię rodziny Petersonów. Sielską atmosferę przerywa jednak seria zabójstw, do których zaczyna dochodzić w okolicy.

Początek "Gościa" jest niepozorny. Zaczyna się jak ckliwa historyjka wymyślona przez Nicholasa Sparksa, następnie mamy kino inicjacyjne z elementami buddy film, pod koniec mamy już pełnokrwisty balet śmierci gdzie trup ściele się gęsto. Potęga obrazu Wingarda polega na zgrabnym łączeniu wielu form filmowych (często ze sobą sprzecznych). Reżyser bardzo zręcznie żongluje konwencjami, tworząc uroczą hybrydę, która rozpędza się z każdym kolejnym kadrem. Przede wszystkim z dziełą bije ta urocza filmowa magia, za którym stoją wpierw miłośnicy kina a dopiero potem twórcy. Pod względem zmiany konwencji i mylenia filmowych tropów obraz przypominał mi "Od zmierzchu do świtu" Roberta Rodrigueza. Tam też meksykański reżyser z filmu pościgowego zrobił kino grozy klasy b.


Zapewne film nie byłby taki udany, gdyby nie pierwszorzędne aktorstwo. Oczywiście gwiazdą i najciekawszą postacią pozostaje tutaj Dan Stevens, który wypada niezwykle przekonywająco jako każde oblicze Davida. Potrafi być opiekuńczy, wzruszający, przyjacielski i zabawny, tylko po to, aby za chwilę zmienić się w nieobliczalnego, żądnego krwi psychopatę. Na uwagę zasługuje także znana z "Coś za mną chodzi" Maika Monroe.

W telegraficznym skrócie "Gość" jest tym, za co kocham kino. Niedorzeczny, przerysowany i odrealniony, ale piekielnie magnetyczny i wciągający. Coś takiego można zobaczyć tylko w kinie, filmowa magia wprost wylewa się z ekranu. Obraz nie byłby jednak kompletny, gdyby nie fantastycznie dobrany soundtrack (moim osobistym faworytem jest utwór "Anthonio" w wykonaniu Annie), utrzymany w retro klimatach dodaje więcej baśniowości tej niezwykłej opowieści. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 50% uznało tę recenzję za pomocną (6 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)