Recenzja filmu Młynarski. Piosenka finałowa (2017)
Alicja Albrecht

Róbmy swoje

Przepis na sukces "Piosenki finałowej" opiera się na zestawieniu porcji archiwaliów z nagranymi współcześnie wywiadami z samym Młynarskim, jego rodziną i współpracownikami. Choć podobna formuła ...
Filmweb sp. z o.o.
Realizacja filmu takiego jak "Młynarski. Piosenka finałowa" wydawała się obarczona sporym ryzykiem. Dokument Alicji Albrecht powstawał u schyłku życia tytułowego bohatera i przy aktywnym udziale jego najbliższych. W takich warunkach wielu reżyserów nie zdobyłaby się zapewne na nic więcej niż na patetyczny hymn ku czci odchodzącego mistrza. Albrecht udaje się ominąć tę pułapkę i podjąć niewygodne tematy, takie jak choćby trawiąca Młynarskiego przez lata choroba afektywna dwubiegunowa. Na szczęście reżyserka unika przy okazji także tabloidowego wścibstwa i o trudnych momentach z życia artysty mówi szeptem, w sposób pełen dyskrecji i taktu. W efekcie "Młynarski" okazuje się tak samo wielowymiarowy  jak szlagiery tworzone przez tytułowego bohatera. 


Przepis na sukces "Piosenki finałowej" opiera się na zestawieniu porcji archiwaliów z nagranymi współcześnie wywiadami z samym Młynarskim, jego rodziną i współpracownikami. Choć podobna formuła wydaje się już zgrana, Albrecht próbuje wycisnąć z niej, co się da. Reżyserce udało się zgromadzić przed kamerą postacie takiego formatu, jak Krystyna Janda, Krzysztof Materna czy Janusz Głowacki. Opowieści o twórczości Młynarskiego snute przez ważne postacie polskiej kultury prowokują mieszaninę nostalgii i zazdrości. Bohaterowie "Piosenki…" snują przed nami wizję świata, w którym twórczość kabaretowa nie była synonimem obciachu, a satyra polityczna wymykała się jednoznacznym interpretacjom. 

Największe wrażenie robi jednak w "Młynarskim" – wyłaniający się z wypowiedzi rozmówców Albrecht – kontrast pomiędzy zawodowym a prywatnym obliczem artysty. Autor, w swej twórczości wspinający się na wyżyny empatii, niemal przez wszystkich jest opisywany jako człowiek szorstki i mający problemy z okazywaniem uczuć. Podkreślana przez reżyserkę ambiwalencja Młynarskiego każe dostrzec w nim figurę pokrewną Zdzisławowi Beksińskiemu sportretowanemu w "Ostatniej rodzinie". Obu artystów łączy także emanujący od nich mrok, którego główne źródło w przypadku autora "Nie wycofuj się" miała stanowić wspomniana już choroba. Z dokumentu dowiadujemy się, że nękająca Młynarskiego przypadłość stawiała go przed tragicznym wyborem. Przyjmowanie leków umożliwiało bohaterowi normalne funkcjonowanie, ale zabijało zdolność tworzenia.


Silnie eksponowany na ekranie wątek napięcia pomiędzy sztuką a życiem pozwala wykroczyć "Piosence" poza kontekst filmu biograficznego i czyni z niej uniwersalną opowieść o życiu artysty. Jednocześnie jednak dokument Albrecht sprawdza się także jako promocja, nieco zapomnianej w ostatnich latach, twórczości tytułowego bohatera. Teksty rozbrzmiewających na ekranie piosenek robią wrażenie, gdyż – choć dawniej były interpretowane w kategoriach satyry na peerelowską rzeczywistość – bynajmniej nie straciły na aktualności. 

W podzielonej światopoglądowo i klasowo Polsce szczególne wrażenie robi charakteryzująca Młynarskiego – inteligenta otwartość na język ulicy i problemy stanowiące treść szarej codzienności. Choć piosenki bohatera filmu emanują prostotą, w rzeczywistości kryją w sobie sporą głębię. Tak dzieje się choćby ze szlagierem "Róbmy swoje", o którym Młynarski wspomina w filmie z przekąsem, że swego czasu był on cytowany zarówno przez Lecha Wałęsę, jak i Wojciecha Jaruzelskiego. Słuchany po latach, utwór fascynuje jako pochwała nieefektownej pracy u podstaw stojącej w kontrze do zakorzenionych w naszej kulturze romantycznych uniesień. Czyż w końcu skromne hasło "Róbmy swoje, może to coś da, kto wie?" nie wydaje się bardziej atrakcyjne niż patetyczne wezwania, jakie kierują do nas na każdym kroku samozwańczy mężowie stanu?
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 71% uznało tę recenzję za pomocną (14 głosów).
Piotr Czerkawski
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry