Recenzja filmu Jestem najlepsza. Ja, Tonya (2017)
Craig Gillespie

Rock and roll na lodzie

Wychodząc z założenia, że historia pani Harding jest – a raczej była do momentu premiery opisywanego filmu – jednak stosunkowo nieznana i chyba tylko zapaleni miłośnicy jazdy figurowej na lodzie, ...
Filmweb sp. z o.o.
Aż nieprzyzwoicie zaczynać recenzję podobnie wyświechtanym sucharem, ale w tym konkretnym przypadku ciśnie się na usta leniwa konstatacja, że najlepsze scenariusze pisze życie. Zęby bolą, kiedy się to czyta, ale taka prawda. Bo jak tu kręcić film, jak rywalizować z tym, co faktycznie się zdarzyło, kiedy życie Toni Harding to wystrzał z rury tak grubej, że nie sposób tego przebić?


Wychodząc z założenia, że historia pani Harding jest – a raczej była do momentu premiery opisywanego filmu – jednak stosunkowo nieznana i chyba tylko zapaleni miłośnicy jazdy figurowej na lodzie, których u nas policzyć można pewnie na palcach jednej ręki, mieli pojęcie, kto zacz, nie ma jej co streszczać i psuć zabawy. A ta jest przednia, choć chwilami przypomina dziecięce wyśmiewanie się z koleżanki z klasy; z tej, która zawsze przychodziła do szkoły z plamą na niemodnym swetrze i odpadającą od buta podeszwą. Nie brak co prawda Craigowi Gillespiemu empatii, lecz ambiwalentny – co się akurat chwali, bo zapobiega rozrysowaniu jednowymiarowego portretu Toni ołówkiem na wyrwanej z zeszytu kartce – stosunek do swojej bohaterki pozwala mu traktować ją niekiedy jako postać rodem z kreskówki. Ale i taka konwencja jego filmu, któremu udaje się wydostać z kolein wyżłobionych przez niezliczone obrazki biograficzne wyrastające tuż przed oscarowym sezonem jak grzyby po rzęsistym deszczu. Tonya jest dlań bowiem i pyskatą zołzą przygniecioną przez kompleksy, i uzdolnioną sportsmenką, i uczestniczką nieustannej batalii klas. I to bodaj ten ostatni aspekt filmu jest najciekawszy i wynosi go ponad przeciętność.


Bo bój Harding, urodzonej w rodzinie robotniczej, będącej ofiarą chorobliwie ambitnej matki, toczy się nie tylko na lodowisku, ale i, może nawet przede wszystkim, poza nim. Łyżwiarstwo to sport cokolwiek elitarny; manifestacja nie tylko ciężkiej pracy i talentu, lecz elokwencji, stylu i dobrych manier. Młodziutka Tonya, choć wygrywała konkurs za konkursem, potrafiła wyuczyć się arcytrudnych kombinacji, ale nie godziła się na zaprzedanie swojej indywidualności obowiązującym konwenansom, przez co świat sportu jej nie zaakceptował. Gillespie pokazuje tym samym obłudną naturę demokratycznej przecież rywalizacji, gdzie nie powinno liczyć się nic poza wynikiem. A jednak robione ręcznie, tandetne kostiumy Harding i rock bijący z głośnika namaściły ją na pariasa i naraziły na ostracyzm środowiska. Lecz, jak mówi polski tytuł, Tonya faktycznie była najlepsza. Tym boleśniejszy wydaje się jej upadek, którego architektem była naznaczona fatum miłość do Jeffa Gilloly'ego, za którego wyszła jako osiemnastolatka i z którym rozstała się i do którego powracała z patologiczną częstotliwością. Gillespie nie jest jednak ponurym kronikarzem tej brzemiennej w skutkach wywrotki; sam idiotyczny plan wyeliminowania rywalki Toni portretuje z komediowym zacięciem i dynamizmem, jakiego nie powstydziliby się bracia Coenowie.


Całość również ma niestandardową formę, bo choć główna oś wydarzeń biegnie linearnie, stylizowane na dokumentalne przebitki z wypowiedziami przedstawionych na ekranie osób służą za subiektywny komentarz, co obrysowuje całą tę opowieść obszernym kontekstem i stanowi świadome świadectwo prawdziwości tezy, że ile gęb, tyle opinii. Ale mimo tych starań Gillespie zbyt rzadko wyrywa się dyktatowi konwencji, zbyt rzadko ryzykuje, zbyt rzadko jest taki jak jego bohaterka, zresztą brawurowo i odważnie zagrana przez nominowaną do Oscara (dobiegającą powoli trzydziestki, a udającą piętnastolatkę, co jednak kłuje w oczy) Margot Robbie. Siłą jego filmu jest nie ostrożna żonglerka gatunkowymi konwencjami, lecz aktorski monolit, bo popisowe role Sebastiana Stana czy Allison Janney nie odbiegają od tej pierwszoplanowej. Nie można jednak odmówić Gillespiemu błyskotliwych scen, szczególnie tych, które portretują konfrontację pomiędzy wydarzeniami ukazanymi na ekranie a często sprzecznymi komentarzami (fikcyjnych wersji) samych zainteresowanych, negujących domniemaną prawdę. Tym samym "Jestem najlepsza. Ja, Tonya" bierze to wszystko w nawias umowności, puszczając do widza oko i jakby tym samym mówiąc dobitnie, że nie powinniśmy wierzyć we wszystko, co widzimy na ekranie.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 56% uznało tę recenzję za pomocną (98 głosów).
Bartosz Czartoryski
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (4)