Recenzja filmu Our Souls at Night (2017)
Ritesh Batra

Sąsiedzka pomoc

 Jeśli wciąż nie udało wam się przekonać rodziców do założenia konta na Netfliksie, "Our Souls at Night" może okazać się argumentem rozstrzygającym dyskusję. To ten rodzaj kina, na którym dobrze ...
Filmweb sp. z o.o.
Paddie Moore nie owija w bawełnę. Pewnego wieczoru odwiedza mieszkającego kilka domów dalej Louisa Watersa i niemal z marszu składa mu ofertę: chciałaby pójść z nim do łóżka. Choć Louisa gra Robert Redford, propozycja jest jak najbardziej moralna. Paddie nie chodzi o seks, lecz o towarzystwo, rozmowę i odrobinę bliskości. Jej mąż zmarł dawno temu, a syn opuścił rodzinny dom, by założyć własny. Bohaterka ma więc prawo czuć się samotna. Owdowiały, znudzony emerycką monotonią Louis, choć nie od razu, przystaje na pomysł sąsiadki. Parę dni później wkracza do jej kuchni z piżamą schowaną w papierowej torbie. 

"Our Souls at Night" to mały, ujmujący film, który niemal całą swoją energię czerpie ze wspólnego występu Redforda i Jane Fondy. Ich poprzednie ekranowe rendez-vous miało miejsce 38 lat wcześniej w "Elektrycznym jeźdźcu". Oboje byli wówczas u szczytu sławy: ona właśnie zgarnęła drugiego Oscara za rolę w "Powrocie do domu", on wbił już "Żądło", przetrwał "Trzy dni kondora" i wytropił "Wszystkich ludzi prezydenta". Dziś po dawnej chwale pozostały piękne wspomnienia. Aktorski blask jednak nie przygasł. Hollywoodzkie legendy nie okopały się rutyną i nie ugrzęzły w manieryzmach. Choć nie muszą udowadniać nikomu swojej wartości, wciąż chce im się grać. Ciche dramaty swoich bohaterów - wyrzuty sumienia, niespełnienie, ból po stracie ukochanych osób - przedstawiają najdelikatniej, jak tylko się da. Cierpienie nigdy nie eksploduje, lecz tli się pod maską wyhodowanego przez lata dystansu.

Reżyser Ritesh Batra ("Smak curry") oraz jego wspaniali aktorzy nie zamierzają na szczęście wpędzać widzów w chandrę. Po odsączeniu fabuły ze wszystkich gorzkich drobin okaże się bowiem, że "Our Souls at Night" to niemal komedia romantyczna, a także krzepiąca opowieść o zaletach dojrzałego wieku. Przykłady? Ot, nie trzeba wreszcie zaprzątać sobie głowy tym, co powiedzą inni ludzie. I choć własnych błędów nie zdąży się już naprawić, może uda się ustrzec przed nimi bliskich. Gdy w domu Addie pojawi się jej milczący, przyklejony do telefonu komórkowego 7-letni wnuk Jamie, bohaterka z  pomocą Louisa z powodzeniem zastąpi mu skłóconych, zajętych własnymi problemami rodziców. Chłopiec znajdzie nowego przyjaciela, nauczy się dobrych manier, a także odkryje, że istnieje tyle fajniejszych zajęć od gapienia się w ekran smartfona. 

Reżyserowi, tak jak jego bohaterom, nigdzie się nie spieszy. Zaczerpnięta z powieści Kenta Harufa historia płynie sobie nieśpiesznym rytmem, który podkreślają spokojna praca kamery Stephena Goldblatta oraz rozpisana na gitarę i pianino dyskretna muzyka Elliota Goldenthala. Humor jest serdeczny, a nastrój filmu można porównać do ciepłego wczesnojesiennego dnia. Jeśli wciąż nie udało wam się przekonać rodziców do założenia konta na Netfliksie, "Our Souls at Night" może okazać się argumentem rozstrzygającym dyskusję. To ten rodzaj kina, na którym dobrze będą bawić się przedstawiciele kilku pokoleń. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 74% uznało tę recenzję za pomocną (19 głosów).
Łukasz Muszyński
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry