Recenzja filmu W stronę słońca (2007)
Danny Boyle

Słoneczne skafandry

Mówi się, że czasy dobrego s-f już minęły. Fani gatunku ze łzami w oczach wspominają lata osiemdziesiąte, kiedy to bombardowano nasze umysły wizjami przyszłości, nowych technologii, eksploracji ...
Filmweb sp. z o.o.
Mówi się, że czasy dobrego s-f już minęły. Fani gatunku ze łzami w oczach wspominają lata osiemdziesiąte, kiedy to bombardowano nasze umysły wizjami przyszłości, nowych technologii, eksploracji kosmosu i zachwycały pomimo dość ograniczonych wtedy możliwości. Operowano dostępnymi środkami w taki sposób, że nawet widząc na ekranie plastikowe miniaturki czy gumowe kostiumy, czuliśmy, że mamy tu do czynienia z realnie ukazaną rzeczywistością. Dziś, w dobie rozkwitu technologi CGI, jest stosunkowo łatwo. Nazbyt łatwo, przez co wielu twórców się rozleniwiło. Przerost formy nad treścią widzimy niemal na każdym kroku w dzisiejszych adaptacjach książek, komiksów czy gier komputerowych nawiązujących do s-f. Normą już jest bezmyślne sięganie po jakieś znane uniwersum tylko po to, by zmielić je na bezpłciową, efekciarską papkę. Na szczęście, nie jest tak tragicznie. Powstają jeszcze obrazy dobre, szanujące gatunek, na które warto zwrócić uwagę. Takim obrazem jest "W stronę słońca", pierwsze dziecko s-f Dannyego Boyle'a, reżysera słynnego "28 dni później".

Fabuła jest dosyć prosta, mało realistyczna, rodem z amerykańskich filmów katastroficznych. Słońce umiera. Aby przywrócić gwiazdę do życia, grupa astronautów wyrusza w niebezpieczną, można rzec, samobójczą misję. Drugą z kolei po poprzedniej, nieudanej, wysłanej siedem lat temu, gdzie cały statek z załogą gdzieś przepadł. Nasi bohaterowie do statku kosmicznego mają przyczepioną tzw. bombę gwiezdną, ładunek wybuchowy wielkości Manhattanu, który po detonacji w jądrze słońca ma stworzyć nową gwiazdę wewnątrz i tym sposobem zasilić starą nową, potężną energią. Jeśli im się nie uda to oczywiście wszyscy pomrzemy a Ziemia zamieni się w lodową bryłkę, co już niestety powoli następuje, więc czasu jest coraz mniej. I tyle - reszta to kolejne zwroty akcji, nieoczekiwane problemy, walka o życie i powodzenie misji, bo przecież stawką jest przetrwanie ludzkości...

W zasadzie, twórca nie pokazuje nam tu wiele nowego. Wprawne oko szybko wyłapie inspiracje zaczerpnięte z Odysei kosmicznej, czy Obcego (motyw zaszczucia i klimat horroru towarzyszący nam w drugiej połowie filmu). I fakt, podczas seansu miewamy lekkie deja vu, ale nie umniejsza to rozrywki, gdyż o dziwo, danie zaserwowane nam przez Boyle'a na złotej, niczym słoneczne skafandry tacy, jest obrazem ciekawym, trzymającym w napięciu i nie tak bardzo przewidywalnym, jak by się mogło wydawać. Co ważne, nie znajdziemy tu tak bardzo powszechnego, mdłego, patriotyczno-amerykańskiego patosu typowego choćby dla odmóżdżających koszmarków Michaela Bay'a. Scenarzysta naprawdę przyłożył rękę do dialogów, ozdabiając je filozoficznymi cytatami, rozważaniami na temat naszej natury, leków i niepewnej przyszłości. Cieszące oko efekty specjalne (choć jak wiadomo nie najważniejsze) są tu niczym triumf dla potęgi i piękna słońca, gdzie dopełnia je świetna muzyka Johna Murphy'ego. Widać starania reżysera, aby wprowadzić tu element gwiezdnej poezji być może nawet na miarę samego Kubricka. W jakim stopniu mu się tu udało, dyskutował nie będę, ale w tym przypadku znaczenie mają już same skromne chęci twórcy, widoczne na ekranie. Scena obserwowania przez załogę Merkurego na tle ognistej gwiazdy jest zdecydowanie jedną z najlepszych w filmie.

Aktorzy grają swoje role wiarygodnie (Cillian Murphy jako Capa - strzał w dziesiątkę), chociaż minusem są tu właśnie postacie, a raczej pewne stereotypowe kontrasty ich charakterów. Odważny kapitan i jego tchórzliwy zastępca, heroiczny mechanik będący typowym samcem alfa gotowym na każde poświecenie i jego rywal - cichy, wrażliwy naukowiec, twarda pani biolog, nazbyt płaczliwa pilotka, oderwany od rzeczywistości psycholog... Jest ok, ale za dużo tu czerni i bieli, jednoznaczności, przez co ciężko faktycznie identyfikować się z którymkolwiek z bohaterów. Są jak figurki, modele ulepione według schematów używanych w kinie niemal od zawsze.

"W stronę słońca" zabierze nas w pasjonująca podróż w kosmos. Może swoim przekazem nie wzniesie nas na wyżyny poznania, może nie olśni realizmem, ale za to dostarczy dobrej rozrywki na poziomie i na długo pozostanie w pamięci. Dla fanów gatunku pozycja niekoniecznie sztandarowa, jednak warto polecić.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 91% uznało tę recenzję za pomocną (79 głosów).
Giltley_Rage
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (4)