Recenzja filmu Rings (2017)
F. Javier Gutiérrez

Samara z przypadku

Może się wydawać, że "Rings" jest złym filmem, ponieważ przez swój tytuł tworzy nierealistyczne oczekiwania wśród tych wszystkich, którzy znają cykl o Samarze czy Sadako. Niestety tak nie jest. ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Rings (2017)
W czasach, kiedy Hollywood nieustannie raczy nas niepotrzebnymi sequelami, spin-offami i rebootami, Paramount Pictures wznosi się na nowe wyżyny absurdu. "Rings" to film, który absolutnie nie nadaje się do oglądania przez fanów oryginału Hideo Nakaty czy też amerykańskiego remake'u Gore'a Verbinskiego. Odważni, którzy – zgodnie z uświęconą przez większość horrorów tradycją – zignorują ostrzeżenia, powinni zaopatrzyć się w kaski. Trudno bowiem powstrzymać odruch walenia głową w ścianę na widok tego, co z mitem Samary (Sadako) uczyniła ekipa pod wodzą F. Javiera Gutiérreza.   

photo.title

Oglądając "Rings" nie sposób nie odnieść wrażenia, że cała ekipa cierpiała piekielne katusze próbując znaleźć sposób na odświeżenie historii demonicznej siły o charakterystycznych długich włosach. A i tak najlepsze, co byli w stanie wymyślić, to banalne wykorzystanie kultowych elementów cyklu - co ma zamaskować oczywisty dla wszystkich fakt, że film nie ma nic wspólnego z duchem poprzedników. Rdzeń fabuły (musiało ją przygotować aż trzech scenarzystów!) stanowi bowiem historia młodej kobiety, która pod wpływem niespokojnego ducha dziewczynki rozpoczyna prywatne śledztwo mające na celu odkrycie prawdy o zmarłej. Ducha nazwano Samarą, ale dla filmu ma to niewielkie znaczenie. Równie dobrze można było ducha nazwać Damienem, dodać zdjęcia kilku ikonicznych scen z "Omenu" i mielibyśmy reboot horroru Richarda Donnera.

Jakby tego było mało, rola Samary została drastycznie zmarginalizowana. Pełni ona w "Rings" funkcję bardzo przydatnej paranormalnej nawigacji. Jak po sznurku prowadzi bohaterkę od jednego do drugiego punktu fabuły. Kiedy tylko dziewczyna zaczyna przejawiać oznaki tępoty lub wykazuje się małą spostrzegawczością, Samara jest pod ręką, służąc pomocą. A ponieważ koncepcja filmów wideo najwyraźniej wydawała się twórcom "Rings" mało praktyczna, szybko porzucili ją na rzecz bardziej elastycznej idei: czyli wizji, których doznaje bohaterka. Młoda kobieta staje się więc postacią pozbawioną charakteru i inicjatywy. Zalicza po prostu kolejne etapy fabuły, bez wysiłku i przy minimalnym poziomie strachu.

Ten trzon fabularny twórcy otoczyli sekwencjami mającymi więcej wspólnego z wcześniejszymi częściami cyklu, ale pozostającymi w kontraście do tego, o czym opowiada "Rings". Celem prologu (scena w samolocie) czy wątku "badań" profesora granego przez Johnny'ego Galeckiego jest wyłącznie przekonanie naiwnych, że film Gutiérreza pozostanie zgodny z duchem dzieł Verbinskiego i Nakaty. A szkoda, bo każdy z tych elementów mógł zostać rozwinięty w naprawdę ciekawą historię. Szczególnie intrygująco zapowiadał się wątek makiawelicznego wykładowcy, który ryzykuje życiem swoich studentów dla własnych celów naukowych. Jednak trójka scenarzystów najwyraźniej nie czuła potencjału tkwiącego w tej opowieści, a może bała się, że "Rings" zacznie bardziej przypominać remake "Linii życia". I szybko porzucili ten kierunek narracji.


Może się wydawać, że "Rings" jest złym filmem, ponieważ przez swój tytuł tworzy nierealistyczne oczekiwania wśród tych wszystkich, którzy znają cykl o Samarze czy Sadako. Niestety tak nie jest. Gdyby obraz wszedł pod jakimkolwiek innym tytułem i nie miał żadnych związków z kultowymi poprzednikami, wciąż byłby marnym filmidłem. Gutiérrez i spółka nie potrafią po prostu budować klimatu. Ani przez moment nie czuć zagrożenia i tylko w dwóch momentach udaje się twórcom stworzyć namiastkę napięcia. Bohaterowie są tak bezbarwni, że trudno jest nawet zapamiętać ich imiona (choć te co chwilę są przez kogoś wypowiadane). Brakuje też humoru i dystansu, co mogłoby uratować całość, nadając jej kampowy charakter. Jedyną wartością "Rings" jest to, że udowadnia, iż nie da się na siłę stworzyć dobrego filmu. Ale czy naprawdę są osoby, które jeszcze potrzebują na to dowodów?
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 86% uznało tę recenzję za pomocną (110 głosów).
Marcin Pietrzyk
ocenia ten film na:
1 10 2/10 bardzo zły