Recenzja filmu Dzikość serca (1990)
David Lynch

Seks, przemoc, kurtka z wężowej skóry i Złota Palma w Cannes

"Love me tender" zaśpiewam dopiero swojej żonie" - mówi Sailor do swej ukochanej Lulu. Bo Sailor ma dzikość w sercu i swoją kurtkę z wężowej skóry, która uosabia jego "indywidualność i wiarę w ...
Filmweb sp. z o.o.
"Love me tender" zaśpiewam dopiero swojej żonie" - mówi Sailor do swej ukochanej Lulu. Bo Sailor ma dzikość w sercu i swoją kurtkę z wężowej skóry, która uosabia jego "indywidualność i wiarę w wolność jednostki". Tymczasem Lula chętnie stuknęłaby butami i uciekła stąd przed kłopotami niczym Dorotka w "Czarnoksiężniku z krainy Oz". Para kochanków musi bowiem uciekać przed mściwą matką dziewczyny, która nie może się zgodzić, aby jej ukochana córeczka zadawała się z takim kryminalistą jak Sailor. To prawda - Sailor zabił kiedyś człowieka, ale zrobił to w samoobronie. Poza tym to dobry chłopak i szczerze kocha Lulę. Z wzajemnością. I koniec końców, zaśpiewa jej w końcu presley'owski szlagier, stojąc na masce samochodu w ogromnym korku...

Cóż, tak naprawdę nie było innego wyjścia, bo "Dzikość serca" Davida Lyncha to przede wszystkim baśń, w której prawdziwa miłość musi w końcu zwyciężyć. Baśń szalona, kiczowata, przesiąknięta perwersją, seksem i przemocą. I chyba właśnie przez to tak niesamowicie pociągająca i fascynująca.

Kiedy obraz Lyncha okazał się być triumfatorem w Cannes, zdobywając Złotą Palmę, szybko stało się jasne, iż jest to najbardziej kontrowersyjne przyznanie tejże nagrody w całej historii festiwalu. Po ogłoszeniu zdobywcy, na sali z jednej strony rozlegały się entuzjastyczne oklaski, a z drugiej - pełne oburzenia gwizdy. Nic dziwnego, w końcu reżyser "Blue Velvet" stworzył dzieło niepokorne, niezwykłe, przełamujące bariery i na wskroś postmodernistyczne. Dla wielu taka plebejska i wulgarna rozrywka nie zasługiwała na tak ogromne wyróżnienie. Mimo tego Lynch niewątpliwie zwyciężył - dziś jego film jest już częścią historii kina i chyba nikt poważny nie ośmieliłby się w tych czasach podważać sensowności przyznanej mu nagrody. Tym bardziej, że dziś na "Dzikość serca" patrzy się już nieco inaczej. Z perspektywy całej dekady, jaka nastąpiła po tym obrazie, widać, jak ogromny wpływ miał on na całe kino lat 90-tych, do jak wielu przemian się przyczynił i jak wiele nowych trendów zapoczątkował. W momencie premiery pozycja ta mogła niewątpliwie szokować i wzbudzać skrajne emocje, gdyż Lynch przyrządził danie wcześniej niespotykane, otwarcie traktujące zbrodnię i występek w ramach rozrywki celującej w niskie gusta. Po nim nastąpili liczni kontynuatorzy i naśladowcy, z których do najbardziej osławionych należy chociażby rozkochany w kiczu i tandecie Tarantino ze swym "Pulp Fiction". Pan od "Zagubionej autostrady" poszedł zaś dalej własną drogą, wciąż kręcąc kino nietuzinkowe, naznaczone swoją specyfiką i niemożliwe do podrobienia.

Jak dziś odbiera się "Dzikość serca"? Ja mogę śmiało odpowiedzieć - przynajmniej w swoim imieniu, choć zapewne nie tylko - że wciąż wyśmienicie. Nie ma drugiego tak niezwykłego obrazu i raczej nigdy się on już nie pojawi. Lynch zapoczątkował coś nowego i chwała mu za to. A takie elementy jak wspomniane finałowe wykonanie przeboju Elvisa, przegniłe pieńki zębów Bobby'ego Peru (rewelacyjny Willem Dafoe), nocna jazda autostradą (znak rozpoznawczy Lyncha) przy dźwiękach "Wicked Game" Chrisa Isaaka czy nieoczekiwana manifestacja Dobrej Wróżki zapadają w pamięć już na zawsze po seansie. I każą go ponawiać w nieskończoność, aby jeszcze raz poczuć tą niezwykłą magię.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 87% uznało tę recenzję za pomocną (215 głosów).
Caligula
ocenia ten film na:
1 10 10/10 arcydzieło!

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)