Recenzja filmu Dziewczyna bez rąk (2016)
Sébastien Laudenbach

Sen o wolności

W tej prostocie tkwi spora siła, szczególnie, że do polskich kin rzadko docierają filmy animowane, które łączą póławangardową formę z przystępną treścią. Styl Laudenbacha jest idealnym medium dla ...
Filmweb sp. z o.o.
Matka zawsze mnie przestrzegała: chcesz spać spokojnie, unikaj braci Grimm. Niemieckie baśnie to ponadczasowy kuferek z makabrą, groteską i surrealistyczną cudownością, budulec pierwszych dziecięcych koszmarów i pożywka dla scenarzystów. W "Dziewczynie bez rąk" gehenna czai się już w tytule i wcale nie ma charakteru przenośni: członki odrąbywane są naprawdę, katem jest własny ojciec, a siekiera tnie w imię diabła. Sebastien Laudenbach tę grimmowską dosłowność traktuje jak zaczyn, z którego wyrabia uniwersalną opowieść o poszukiwaniu wolności i przekuwaniu własnych braków w zręby stabilnej tożsamości. Co istotne, animowana forma pracuje na równych zasadach z baśniową narracją, a w wielu przypadkach ma zupełną autonomię i nawet wybija się na prowadzenie. Przepiękne, rozedrgane obrazy nie są po prostu ilustracją "podróży bohatera", ale snują równoległą historię – o wyłanianiu się kształtów z chaotycznego tła, radości tworzenia, jedności człowieka z naturą.


Z malarskiej różnorodności kolorów i figur wyłazi najpierw diabeł pod postacią dzikiej świni. I jak to w baśniach bywa, nisko się kłania: da biednemu młynarzowi bogactwo, ale w zamian za to, co leży za młynem. Tam, między konarami jabłoni, beztrosko bawi się młynarzowa córka. Kiedy okrzepną już pierwsze żale, a niedawny biedak pobuduje sobie szczerozłote pałace, diabeł wraca po zapłatę i nie może nic wskórać – dziewczyna zachowała niewinność, roni łzy tak czyste, że nawet po odrąbaniu dłoni, w które wypłakiwała smutki, zło nie potrafi jej wziąć w posiadanie. Okaleczona, zdradzona przez własnego ojca – z faustycznym entuzjazmem poddającego się rozkazom czarta – bezręka młynarzówna wyrusza na poszukiwania szczęścia i miejsca wolnego od ludzkich i metafizycznych intryg.

Nie jest to podróż zwyczajna, nie jest nawet typowo baśniowa – i to nie tylko ze względu na pojawiające się w filmie "dorosłe" wątki (seks, poród) czy wysoki poziom okrucieństwa (oprócz rąk obcina się tutaj i wydłubuje również inne części ciała). Laudenbach posługuje się malarskim niedopowiedzeniem – jego rysunki są minimalistyczne, kontury postaci i przedmiotów niedomknięte, wibrujące, ponakładane na kolejne półprzezroczyste tła i warstwy, które raz dominują na pierwszym planie, żeby za chwilę cofnąć się w głąb obrazu; krajobrazy falują, ludzkie figury zmieniają kształty, a w momentach napięcia czy zagrożenia zupełnie się zacierają. Wszystko, co tutaj oglądamy i czego doświadczamy, pozostaje w ciągłym procesie stwarzania – biała kartka papieru zapełnia się zamkami, łanami zbóż, rzecznymi boginiami, rycerzami. Ta migotliwość i niepełność rzeczywistości jest bliska sennemu marzeniu, płynnym światom "Alicji z krainy czarów", a nie dosłowności i zgrzebności podań ludowych.

Animacje chodzą więc u Laudenbacha własnymi ścieżkami. Czasami dopełniają stany emocjonalne bohaterów, innym razem – dzięki swojej zwiewności, urodzie – są przeciwwagą dla ciężaru tematycznego: motywów tułaczki, zdrady, dzieciństwa odartego z niewinności i godności. Przede wszystkim jednak odzwierciedlają charakter głównej bohaterki, jej stosunek do rzeczywistości i życiową filozofię. Dziewczyna bez rąk nie widzi różnicy między sobą a światem na zewnątrz, czerpie radość z drobnych, tułaczych przyjemności: dotykania drzew, sadzenia warzyw, patrzenia na gwiazdy. Azyl znajduje wszędzie tam, gdzie kończą się granice cywilizacji i wpływy ludzkich namiętności, a na ratunek przychodzą siły przyrody – personifikowane oszczędną kreską Laudenbacha. Natura cały czas kołysze się tutaj na krawędzi, tak jakby miała za chwilę wykipieć, wylać się z gara i pochłonąć ludzkie figurki, pałace ze złota, książęce armie. Bohaterka mości się w jej wnętrzu, łączy swoje kontury z konturami łąk, rzek i lasów, scala z nimi w jedno – i dopiero wtedy czuje się bezpieczna, osiąga wymarzone wolność i spokój.

W tej prostocie tkwi spora siła, szczególnie, że do polskich kin rzadko docierają filmy animowane, które łączą póławangardową formę z przystępną treścią. Styl Laudenbacha jest idealnym medium dla takich fantastycznych, baśniowych opowieści – z mizerii i zerojedynkowości wizji Grimmów wyciska surrealistyczną dynamikę, dawkując w odpowiednich proporcjach grozę, melodramat i zachwyt. I już znany z dzieciństwa kuferek z makabrą wydaje się jakby pojemniejszy, a przy tym lżejszy. Matczyne przestrogi można włożyć między bajki – po "Dziewczynie bez rąk" śpi się zdrowo. W głowie wiją się kalejdoskopowe obrazy: raz jestem drzewem, raz skałą, a diabeł nie może mnie znaleźć. A ja się z niego śmieję i wiem, że właśnie teraz jest dobrze. I to naprawdę piękne uczucie.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 40% uznało tę recenzję za pomocną (5 głosów).
Marcin Stachowicz
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry