Recenzja filmu American Gangster (2007)
Ridley Scott

Serpico kontra Superfly

Kiedy Ridley Scott, Russel Crowe i Denzel Washington zabierają się razem za jeden film, od razu na myśl przychodzi nam potencjalny zwycięzca oskarowej gali. Jednak ten dwuipółgodzinny rzekomo ...
Filmweb sp. z o.o.
Kiedy Ridley Scott, Russel Crowe i Denzel Washington zabierają się razem za jeden film, od razu na myśl przychodzi nam potencjalny zwycięzca oskarowej gali. Jednak ten dwuipółgodzinny rzekomo "instant-classic", mający aspiracje wpisania się do kanonu amerykańskiego kina gangsterskiego, choć sprawnie zrealizowany i świetnie zagrany, nie daje do końca rady spełnić obietnic składanych przez jego z góry "kultowy" tytuł.

"American Gangster" oparty jest na prawdziwej (choć dość luźno, jeśli wierzyć oryginałom filmowych postaci) historii Franka Lucasa, nowojorskiego króla narkotykowego z lat siedemdziesiątych. Posługując się znajomościami w Wietnamie, Lucas urósł w siłę, przemycając do kraju heroinę, ukrywając ją w trumnach zmarłych amerykańskich żołnierzy. Czystszą i tańszą niż towar, który do tej pory zalewał ulice. Lucas zdobył fortunę, która szybko uczyniła go najbardziej wpływowym bossem narkotykowym w Nowym Jorku i najpotężniejszym czarnoskórym gangsterem, jaki kiedykolwiek żył.

Na jego trop wpada Richie Roberts, jeden z ostatnich uczciwych gliniarzy w Nowym Jorku, który wsławił się tym, że znalazł prawie milion dolarów w bagażniku samochodu i spisał je jako dowód rzeczowy, zamiast zatrzymać dla siebie. Jego uczciwość przynosi efekty, gdy zostaje zwerbowany do nowo powstałej jednostki specjalnej do walki z przestępczością narkotykową.

Mój główny zarzut wobec tego filmu to struktura scenariusza. Mimo że film ogólnie jest interesujący, to jednak historia nie ma tego kopa, który charakteryzował klasyki kina gangsterskiego i który sprawiłby, że oglądalibyśmy historię Lucasa z taką pasją jak w przypadku "Ojca chrzestnego" czy "Człowieka z blizną". Scott całe dwie i pół godziny trwania filmu zdaje się poświęcać na ciągłe, stopniowe budowanie atmosfery, ale w żadnym punkcie, nawet w finale, nie rozładowuje jej odpowiednio. Efektem jest obraz, który nie nudzi, ale też ogólnie nie jest specjalnie pasjonujący.

Film też w nie do końca udany sposób przedstawia dwóch głównych bohaterów jako ironiczne kontrapunkty swoich osobowości. Lucas jest okrutnym przestępcą, który zarabia miliony, uzależniając ludzi od heroiny, jest także oddaną głową rodziny wydającą zarobione pieniądze na kupno ekskluzywnej posiadłości swojej ukochanej matce. Upewnienia się przy tym, że wszyscy jego bliscy mają zatrudnienie w "rodzinnym interesie".

Roberts z kolei jest archetypowym "dobrym gliną", któremu przez cały film ludzie nieustannie przypominają o jego uczciwości, zazwyczaj pytając go, jak, na Boga, zdecydował się na oddanie miliona dolarów w gotówce. Jest wyspą uczciwości zalewaną przez morze gliniarzy, którzy zamiast walczyć z przestępczością, postanowili ciągnąć korzyści z panującego układu korupcji. A jednak jego życie osobiste to ruina. Jest kobieciarzem zdradzającym żonę, rzadko mającym czas pobyć ze swoim małym synkiem. Roberts jest odwrotnością Lucasa: szlachetny i niezłomny w swej profesji, jednak wrak dla swej rodziny.

Takie dopasowanie przeciwności może wydawać się ciekawym pomysłem pozwalającym na interesujące przedstawienie postaci, jednak u Scotta nie daje to zamierzonego efektu. Co więcej, reżyser postanowił przez większość filmu trzymać głównych bohaterów z dala od siebie, wprowadzając ich w zabawę w kotka i myszkę, która swój finał ma dopiero, gdy Lucas i Roberts spotykają się po raz pierwszy pod koniec filmu. Jest to rozwiązanie podobne do tego, jakie Michael Mann zastosował w swojej "Gorączce", jednak efekt jest nieporównywalnie gorszy.

Największą zaletą filmu są główne role Denzela Washingtona i Russela Crowe'a. Obydwaj są rewelacyjni, w szczególności Washington, któremu, bądź co bądź, poświęcone jest nieco więcej czasu ekranowego i którego postać została lepiej napisana. Washington w wywiadzie powiedział, że nie miał zamiaru wybielać postaci Lucasa, jednak swoją charyzmą stworzył kreację kryminalisty, którego widz lubi, szanuje i w pewnym stopniu nawet kibicuje. Pod wieloma względami jest przeciwieństwem klasycznych bohaterów filmów gangsterskich. Nie jest ostentacyjnym i psychopatycznym mordercą, ale cichym, powściągliwym i rozważnym synem i mężem. Tylko czasami wpada w nagłe ataki wściekłości, które przypominają nam, kim naprawdę jest. Ale nawet kreacja Washingtona sprawia wrażenie, jakbyśmy już to wszyscy gdzieś widzieli.

Zwrócić należy także uwagę na rewelacyjne zdjęcia Harrisa Savidesa, świetnie ukazujące przestępczą wizję i atmosferę Ameryki tamtych czasów oraz muzykę debiutanta Marca Streitenfelda.

"American Gangster" nie jest filmem złym ani nawet przeciętnym, ale nie jest też klasykiem, jakim usilnie stara się być. Ridley Scott za bardzo skupił się na stylizacji, zamiast na konkretach, wokół których powinna być ona tworzona. Nie wnosi nic nowego do gatunku, a czerpie z różnych źródeł. Ale czy należy obniżać ocenę filmu przez to, że wychodzi nie do końca idealnie po przymierzeniu z klasykami gatunku? Raczej nie, i dlatego właśnie pomimo moich słów krytyki, "American Gangster" uważam za naprawdę porządny kawałek gangsterskiego kina, który zainteresuje zarówno fanów gatunku, jak i resztę kinomaniaków. Każdy, kogo ciekawi dobrze nakręcone, klimatyczne kino z dwoma rewelacyjnymi aktorami dającymi popis swoich umiejętności, powinien być jak najbardziej zadowolony.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 89% uznało tę recenzję za pomocną (9 głosów).
theultimateqpa
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (4)