Recenzja filmu Tom of Finland (2017)
Dome Karukoski

Skóry, mundury, erekcje

Twórczość tak wyuzdana i perwersyjna, rozmiłowana w żywiołowej, wyłażącej z ram cielesności, wymaga równie przewrotnej, łamiącej schematy formy. To elementarz każdego dobrego biografisty: ...
Filmweb sp. z o.o.
Karykatura? Przegięcie? A może po prostu porno? Rysunki Touko Valio Laaksonena trudno opisać bez wdawania się w szczegóły. Wyłażące z opiętych spodni, przerośnięte penisy, wypięte pośladki i skórzane kurtki łatwo wziąć za sprośny żart. Sam Laaksonen przyznawał, że przedstawienia hipermęskich, muskularnych ciał zaczął tworzyć dla własnej przyjemności – rysunek był dobry, jeśli dobra była erekcja. A jednak obrazkowe wizytówki – pierwotnie rozdawane przez artystę w publicznych toaletach Helsinek – jakimś cudem trafiły do mainstreamu, inspirując nie tylko subkultury gejowskie, ale także ilustratorów, twórców komiksów czy reżyserów filmowych. Zanim Tom of Finland – bo pod takim pseudonimem Laaksonen publikował w USA – doczekał się samodzielnych wystaw w największych galeriach sztuki współczesnej, jego rysunki krążyły przez kilka dekad w podziemnym obiegu, na najtańszym papierze i w formie "świerszczykowych" broszurek. Można się zastanawiać, czy ToF to bardziej porno czy pop-art, za to trudno wyobrazić sobie życiorys artysty (1920-1991) – budowany przecież w opozycji do ówczesnych norm obyczajowych – jako konserwatywną hagiografię. Tymczasem film Dome Karukoskiego to spiżowe popiersie na jakimś placu N-tego Zwycięstwa – z wywrotową estetyką Laaksonena ma tyle wspólnego, co Pornhub z publiczną telewizją.    


Od początku jest zbyt minorowo i zbyt poprawnie. W pierwszej linijce – strzelistym, mrocznym gotykiem – rozpisano epopeję o trudach życia w głębokiej szafie, w Europie skrajnie homofobicznej i penalizującej homoseksualizm (w Finlandii do 1971 r., tak zwana "promocja" karana do 1999 r.). Laaksonen – weteran II wojny światowej – pracuje jako grafik w agencji reklamowej McCann Erickson, mieszka z siostrą (później także ze współlokatorem, który szybko zostaje jego chłopakiem) i robi sporadyczne wypady do miejskich parków w poszukiwaniu przelotnych romansów. Ale ustronnych miejsc jest jak na lekarstwo – wszędzie może wpaść policja, urządzić pałowanie, gazowanie, a na końcu zamknąć w areszcie. Nawet krótki wyjazd do "liberalnego" Berlina kończy się dla Laaksonena zatrzymaniem – z opresji ratują go dopiero koneksje z czasów wojny. Sankcjonowana przez państwo nietolerancja i opresyjność wobec mniejszości seksualnych to oczywiście wyjątkowo mroczne karty z powojennej historii Europy, tyle że w "Tom of Finland" podane w formie surowych rekonstrukcji, gdzie czarne jest zawsze najczarniejsze, a białe czyste jak łza. Czytankowe sytuacje, bohaterowie reprezentujący określone "typy" i podniosła, ilustracyjna muzyka raczej trywializują temat niż dodają mu powagi albo ustawiają w jakimś nowym, nieoczywistym świetle.

Wiadomo też, że w postaci Laaksonena najciekawsza nie jest ikoniczność jego biografii – w rzeczywistości dość typowej dla gejów z klasy średniej w latach 50. i 60. – ale rysunki, sporządzane w domowych pieleszach i dające namiastkę obyczajowej wolności. Tych zobaczymy w "Tom of Finland" stosunkowo niewiele. Mamy wprawdzie nieśmiałe próby zbiografizowania fascynacji mundurem (stały motyw u Laaksonena) i wpisania jej w osobiste doświadczenia służby na froncie fińsko-radzieckim. Ale podniosłe retrospekcje są w dużym stopniu przeciwskuteczne, prowadzą do wniosku – w moim odczuciu błędnego – że twórczość Laaksonena była sposobem na oswojenie wojennych traum. Film w ogóle bardzo skrupulatnie unika seksu – w końcu pomnik powinien być maksymalnie odcieleśniony i przedstawiać "wielkiego duchem" – i tym samym traci z oczu to, co jest właściwą istotą rysunków ToFa. No bo czym innym jest karykaturalny, sfetyszyzowany mundur – policyjny, wojskowy, strażacki – jeśli nie symbolem władzy i dominacji? Wątki sado-masochistyczne i estetyka bondage przesycają całą tę twórczość, dając nam wgląd w tłumione pragnienia i obsesje mieszczańskiego społeczeństwa. Wywrotowy potencjał sztuki ToFa tkwi właśnie w tym, że "przechwytuje" ona figury władzy – tej samej, która próbuje za wszelką cenę podporządkować ludzkie pragnienia obyczajowej normie, skorygować je i stłamsić – i nie tyle ją ośmiesza, co wykorzystuje dla własnej, czysto perwersyjnej przyjemności.


Dlatego "Tom of Finland" najlepszy jest tam, gdzie rzeczywistość miesza się z fantazją – jak w scenach podróży do USA, portretowanych w konwencji zbliżonej do realizmu magicznego. W pozostałych przypadkach wychodzi pomnik – szary, samotny, zimny. I nie chodzi wcale o to, że ToF nie zasługuje na upamiętnienie. Po prostu twórczość tak wyuzdana i perwersyjna, rozmiłowana w żywiołowej, wyłażącej z ram cielesności, wymaga równie przewrotnej, łamiącej schematy formy. To elementarz każdego dobrego biografisty: dopasować opowieść do specyfiki bohatera, do głównego wątku jego życiorysu. A tak mamy dziwną sytuację – w filmie o człowieku, który zasłynął rysunkami seksu, sam seks jest towarem deficytowym. Na cokole możemy sobie postawić wszystko, ale prawdziwy hołd wymaga pewnej wartości dodanej. I takiego języczka u wagi – formy dopełniającej treść, ale też treści adekwatnej do formatu bohatera – niestety tutaj zabrakło.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 48% uznało tę recenzję za pomocną (21 głosów).
Marcin Stachowicz
ocenia ten film na:
1 10 5/10 średni