Recenzja filmu Spotlight (2015)
Tom McCarthy

Sprawa dla reporterów

Choć nie uświadczycie tu pościgów samochodowych, strzelanin ani nawet porządnego wybuchu, film McCarthy'ego ogląda się jak najlepszy dreszczowiec. Tempo jest wartkie, dialogi przypominają ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Spotlight (2015)
"Spotlight" znajdzie miejsce na tej samej półce co "Wszyscy ludzie prezydenta", "Informator" i "Stan gry". To film, po którym będziecie chcieli zatrudnić się choćby w szkolnej gazetce, by z zacięciem tropić przekręty na zapleczu stołówki. Relacjonując kulisy skandalu pedofilskiego w bostońskim kościele katolickim, reżyser Tom McCarthy ("Dróżnik", "Spotkanie") składa hołd instytucji dziennikarstwa śledczego.

Angielskie słowo "spotlight" można przetłumaczyć jako "reflektor" lub "nakierowywanie na coś uwagi otoczenia". Tym właśnie zajmują się reporterzy tytułowego działu w gazecie "The Boston Globe" – biorą na warsztat mało popularne, a zarazem palące dla lokalnej społeczności tematy. Następnie po wnikliwym, trwającym nierzadko wiele miesięcy dochodzeniu przedstawiają jego wyniki opinii publicznej. Na życzenie nowego redaktora naczelnego Marty'ego Barona bohaterowie mają przyjrzeć się  sprawom przestępstw seksualnych dokonywanych przez miejscowych duchownych. Szybko okazuje się, że skala zjawiska jest zatrważająca, a co gorsza, gwałciciele pozostają bezkarni. Do czasu.

Choć nie uświadczycie tu pościgów samochodowych, strzelanin ani nawet porządnego wybuchu, dzieło McCarthy'ego ogląda się jak najlepszy kryminał. Tempo jest wartkie, rozmowy przypominają zazwyczaj wymianę ognia, a pęczniejąca od szczegółów fabuła nawet przez moment nie traci na klarowności. To kino w starym, dobrym stylu: pozbawione formalnych i narracyjnych fajerwerków, bazujące przede wszystkim na błyskotliwym dialogu i aktorskiej chemii. Reżyser sięga nawet po zbitkę montażową, bez której nie może obejść się żaden film o dziennikarzach:  reporterzy nurkują w archiwach, wertując opasłe teczki przy pomocy lupy i linijki; przy bibliotecznym biurku (z obowiązkową zieloną lampą na blacie!) wgryzają się w  fachowe podręczniki; wreszcie krążą od domu do domu w poszukiwaniu potencjalnych świadków. Wszystko po to, by na końcu jedno z nich mogło zakrzyknąć: Eureka!

McCarthy'emu brawa należą się również za to, że nie zmarnował potencjału imponującej obsady. Postaci Keatona, Ruffalo, Slattery'ego i McAdams - choć słabo zarysowane i jednowymiarowe - bronią się dzięki charyzmie i wdziękowi gwiazd. Reżyser (oraz współautor scenariusza) nie pogłębia portretów psychologicznych z prostego powodu – głównym bohaterem filmu jest śledztwo. Sumienny reporter Mike Rezendes poświęca na nie tak dużo czasu, że już nie starcza mu go na życie osobiste. W efekcie je byle co, sypia byle gdzie i przeważnie w samotności.

Akcja "Spotlight" rozgrywa się w 2001 roku, w newralgicznym momencie dla amerykańskiej prasy. Tradycyjne media wciąż trzymają się mocno, ale już za kilka lat będą musiały uznać hegemonię Internetu. Zapowiedzią nadciągających zmian jest ujęcie, w którym obok siedziby redakcji wyrasta olbrzymi banner reklamowy portalu AOL. Reżyserska intencja jest czytelna – sieć zepsuje czwartą władzę, zamieniając ją powoli w usługę z pogranicza tabloidu i PR-u.

"Spotlight" to także film o magicznej mocy słowa. Wraz z odkrywaniem kolejnych szczegółów sprawy jasne staje się, że pedofilia w bostońskiej diecezji była tajemnicą poliszynela. Wiedzieli o niej nie tylko kościelni hierarchowie, ale i politycy, świat palestry, rodziny poszkodowanych, wreszcie media. Aby zło straciło immunitet, a sprawiedliwości stało się zadość, ktoś musi nazwać rzeczy głośno i po imieniu.  I choć zawsze będzie za mało reflektorów, by naświetlić wszystkie ciemne sprawki, nie wolno się poddawać. Trudno o lepszą lekcję dziennikarskiego etosu.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 86% uznało tę recenzję za pomocną (373 głosy).
Łukasz Muszyński
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)