Recenzja filmu Millennium: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet (2009)
Niels Arden Oplev

Stara szkoła

To nie krytyka społeczna jest sednem filmu o najbardziej intrygującym tytule roku. Utwór Nielsa Ardena Opleva jest bowiem kryminałem przez duże K. K jak "kto zabił?"
Filmweb sp. z o.o.
Ze wszystkich europejskich narodów to Szwedzi są najbardziej samokrytyczni, przynajmniej w kinie. Bez względu na to, czy oglądamy ponury dramat rodzinny, młodzieżową komedię inicjacyjną, czy szarpiący nerwy thriller, za parawanem gatunku przechadza się ta sama myśl – w lewicowym raju rozgościł się grzech. Jałowy krajobraz, bezbarwni ludzie, dostatek ekonomiczny i niedostatek uczuć. Aporia, atrofia, Ikea. Nie inaczej jest w przypadku "Millennium". Dostaje się tu przedstawicielom władzy sądowniczej i arystokracji, a cały kraj to kolos na glinianych nogach, zmagający się z własną przeszłością. Jednak to nie krytyka społeczna jest sednem filmu o najbardziej intrygującym tytule roku. Utwór Nielsa Ardena Opleva jest bowiem kryminałem przez duże K. K jak "kto zabił?"

Bohaterem literackiej trylogii nieżyjącego już Stiega Larssona (jej początkiem są "Mężczyźni…") jest Mikael Blomkvist – ostatni sprawiedliwy spośród stołecznych żurnalistów. Bezkompromisowy dziennikarz został właśnie skazany na pół roku więzienia za zniesławienie biznesmena handlującego bronią. Odliczając dni do odsiadki, Blomkvist przyjmuje zlecenie, nadchodzące z odciętej od świata wyspy. Ktoś nie pozwala sędziwemu przemysłowcowi zapomnieć o jego zaginionej kuzynce. Starzec utrzymuje, że dziewczyna nie żyje. Gdy śledztwo zabierze Blomkvista w nazistowską przeszłość wpływowej rodziny, dziennikarz zyska niespodziewaną sojuszniczkę – objętą sądową kuratelą, genialną hakerkę Lisbeth Salander.

Mikael i Lisbeth to duet niezbyt fotogeniczny, ale doskonale wpisujący się w konwencję zaproponowaną przez Larssona i przejętą przez Opleva. On jest facetem w popielatej kurtce, którego spotykacie w osiedlowym spożywczaku. Niedostatki detektywistycznej wirtuozerii nadrabia wytrwałością i doświadczeniem. Ona chodzi na trzydziestocentymetrowych koturnach, ma trupi, czarno-siny makijaż i ogólnie "czci Szatana", ale to tylko dziewczyna ze skazą na umyśle. W ich relacji, opartej na wzajemnym podziwie, rozpiętej między uczuciem a niezobowiązującym seksem, także nie ma nic niezwykłego. Podążający wiernie za adaptowanym materiałem, reżyser traktuje bohaterów jak szkatułki. Co jakiś czas wyciąga z ich przeszłości istotne fakty albo rzuca światło na psychologiczne mechanizmy, kierujące ich poczynaniami. To eleganckie rozwiązanie, które sprawia, że między wszystkimi składnikami fabuły panuje niezachwiana równowaga: wątek śledztwa nie dominuje nad obyczajowym komentarzem, a staroszkolny psychologizm nie wpycha w ramiona nudy.  152 minuty zlecą jak z bicza strzelił, bo nikt raczej nie oprze się pokusie wyprzedzenia Blomkvista i Salander w śledztwie i podsumowania intrygi triumfalnym "ha, wiedziałem, od początku wiedziałem!"
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 79% uznało tę recenzję za pomocną (216 głosów).
Michał Walkiewicz
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)