Recenzja gry Fire Emblem Echoes: Shadows of Valentia (2017)
Toshiyuki Kusakihara
Kenta Nakanishi

Stare, ale jare

"Fire Emblem" to seria o specyficznej historii. Mimo że w Japonii liczy sobie niemal 30 lat, w świadomości zachodniego odbiorcy funkcjonuje dopiero od roku 2002, za sprawą "The Blazing Blade".
Filmweb sp. z o.o.
"Fire Emblem" to seria o specyficznej historii. Mimo że w Japonii liczy sobie niemal 30 lat, w świadomości zachodniego odbiorcy funkcjonuje dopiero od roku 2002, za sprawą "The Blazing Blade". Niewielkie zainteresowanie marką sprawiło, że do dziś kilka jej odsłon nie zostało przetłumaczonych. Na szczęście wydany w 2012 roku "Awakening" okazał się wielkim sukcesem, a twórcy – Intelligent Systems – chętnie wykorzystują renesans serii, by przybliżyć fanom jej korzenie. "Shadows of Valentia" to próba odświeżenia najbardziej nietypowej z jej odsłon, NES-owego "Gaiden". Gra wsławiła się dziwacznymi rozwiązaniami, które do dziś pozostają wyjątkiem w serii – wystarczy wspomnieć chociażby brak punktów magii (rzucanie czarów zużywa tutaj punkty wytrzymałości). Remake tak specyficznej części po prostu musiał czymś zaskoczyć. 

photo.title

Bohaterowie remake’u to para przyjaciół z dzieciństwa – Alm oraz Celica. Obydwoje stają w obronie ojczyzny, która padła ofiarą najeźdźcy. Narracja prowadzona jest dwutorowo, bo chociaż protagoniści stoją po tej samej stronie barykady, mają kompletnie inne podejście do tematu walki o pokój. Podczas gdy Alm dąży do zbrojnej mobilizacji i rozwiązania siłowego, Celica usiłuje zażegnać kryzys poprzez dyplomację. Ta dwoista narracja kojarzy się nieco z rozwiązaniem z "Fire Emblem: Fates", jednak tutaj wydaje się bardziej naturalna. Obiema grupami kierujemy tu naprzemiennie i gra nie wymusza na nas ponownego oglądania tych samych wydarzeń z innej perspektywy. 

photo.title

Jeżeli chodzi o mechanikę, "Shadows of Valentia" to z pewnością jedna z najbardziej odjechanych i odważnych odsłon w serii. Z pozoru wszystko jest tu na swoim miejscu: poruszamy się po klasycznej mapce, zaś kolejne potyczki rozgrywamy w systemie turowym. Bardzo szybko spod pozornie tradycyjnej warstwy zaczynają wychodzić kompletnie nieznane elementy. Poza wspomnianym rozwiązaniem czarów warto wspomnieć choćby o kluczowej umiejętności cofania czasu, która w domyślnym trybie "perma-death" dosłownie ratuje życie. Poza tym na mapie świata nieustannie mamy do czynienia z pomniejszymi losowymi potyczkami. Wisienką na torcie są tu epizody całkiem udanego dungeon crawlera, w którym poruszamy się po generowanych w 3D korytarzach. Co jednak najważniejsze, każdy z nowych elementów działa bez zarzutu. Wszystko to przekłada się na niespotykane w serii przewartościowanie elementów przygody i strategii. Jak nigdy dotąd, w "Echoes" bardziej czuć ducha klasycznych tytułów jRPG niż typowego tRPG. 

photo.title

Nie do końca udanym elementem jest w nowym "Fire Emblem" oprawa graficzna. Po pierwsze, bardzo mocno odchodzi ona od przyjętej w "Awakening" nowoczesnej ścieżki. Agresywną kreskę i kontrastową kolorystykę portretów zastąpiła tutaj barwna stylizacja retro, która choć ma swój urok, straszy odpustowością. Z kolei plansze sprawiają nieco gorsze wrażenie niż te z "Fates" i "Awakening" – brak tu szlifów i przywiązania do detali, którymi cieszyły oko poprzedniczki. Nie udało się też wyeliminować bolesnych spadków animacji w trakcie potyczek, nawet pomimo zmniejszenia liczby postaci na ekranie (w "Echoes" nie walczymy już parami).

photo.title

Niedostatki graficzne rekompensuje w "Shadows of Valentia" oprawa muzyczna, która jest po prostu bezbłędna. Kompozytorzy idealnie zaaranżowali archaiczne motywy i skutecznie ubrali je w orkiestralne tony. Szkoda tylko, że znakomitej muzyce nie dotrzymuje kroku voice acting. Trzeba pochwalić twórców za chęć wprowadzenia zmian – po raz pierwszy w historii serii nagrano tutaj większość scenek fabularnych. Nie zmienia to jednak faktu, że jakość samego aktorstwa jest tu w zdecydowanej większości wątpliwa.

photo.title

Podsumowując, "Fire Emblem Echoes: Shadows of Valentia" to niezwykła gratka dla fanów i wspaniały prezent dla stareńkiego już 3DS-a. Chociaż gra nie dorównuje poziomem wykonania dwóm poprzednim "emblemom", nadrabia braki całą masą atrakcji. Dla serii jest to kolejny ważny etap – niewykluczone, że "Echoes" przekształci się w pełnoprawny cykl remaków. Jeśli wszystkie będą wykonane równie sumiennie, dla zachodniego odbiorcy będzie to prawdziwa uczta klasyki.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 63% uznało tę recenzję za pomocną (8 głosów).
Jacek Borowski
ocenia tę grę na:
1 10 8/10 bardzo dobra