Recenzja filmu Serce miłości (2017)
Łukasz Ronduda

Sztuka kochania

Przedmiotem zainteresowania Rondudy jest w tym filmie przede wszystkim proces tworzenia sztuki ze skrawków życia – a także małostkowość artysty, walczącego o każdy centymetr oryginalności i ...
Filmweb sp. z o.o.
W idealnym świecie "Serce miłości" byłoby jednym z tryumfatorów Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, a nauczyciele liceów prowadziliby na ten film polską młodzież, by porozmawiać z nią o rzeczach najważniejszych – takich jak miłość, prawda i sztuka. Ponieważ jednak nie żyjemy w świecie idealnym, cieszmy się raczej tym, że "Serce miłości" w ogóle istnieje – i że będzie bić długo na ekranach zarówno Polski, jak i całego świata (dotąd pokazały go m.in. festiwale w Berlinie i Rotterdamie). 


Zważywszy, że Łukasz Ronduda nakręcił wcześniej tylko na poły galeryjnego "Performera" – i to na spółkę z Maciejem Sobieszczańskim – w zdumienie wprawia to, jak pewną ręką poprowadził swój samodzielny debiut. Podążając za sztuką i życiem artystów Wojciecha Bąkowskiego i Zuzanny Bartoszek, Ronduda postanowił stworzyć film niebędący ani laurką, ani biografią. Zamiast tego dostajemy medytację o sztuce i miłości w ogóle, która to medytacja służy za ramę dla duetu Bąkowski-Bartoszek, tyle że zagranych przez Jacka Poniedziałka i Justynę Wasilewską.

Ogoleni na łyso, odziani w wielu scenach w identyczne stroje i upodobnieni fizycznie do tego stopnia, że chwilami przypominają parę kosmitów-obojnaków rodem z "THX 1138" George'a Lucasa, Poniedziałek i Wasilewska tworzą w "Sercu miłości" fantastyczny duet – pary tak niecodziennej a zarazem wibrującej życiem trzeba by chyba szukać w kinie polskim w "Trzeba zabić tę miłość" Janusza Morgensterna, jeśli nie wręcz w "Na wylot" Królikiewicza. Dzięki sprytnie skonstruowanemu scenariuszowi Roberta Bolesto wchodzimy w życie bohaterów równie płynnie, jak we wspólne bytowanie każdej innej ekranowej pary – z tą tylko różnicą, że Wojtek i Zuzanna zasady swego współbytowania wymyślają, celebrują, a następnie zmieniają w sztukę. Ich mieszkanie jest jednocześnie przestrzenią kreacji i perwersyjną parodią "ogniska domowego". Nie ma w nim dzieci, ogień buzuje nie w kominku, a na ekranie laptopa ("Zrób głośniej", mówi przy śniadaniu Zuzanna), a spora część ściany nad materacem Wojtka pokryta jest wysmarowanym przez Zuzannę (?) bluzgiem pod adresem partnera.


Przedmiotem zainteresowania Rondudy jest w tym filmie przede wszystkim proces tworzenia sztuki ze skrawków życia – a także małostkowość artysty, walczącego o każdy centymetr oryginalności i uznania. Wojtek i Zuzanna kłócą się tak samo jak kłóci się każda para homo czy hetero, tyle tylko że przedmiotem ich kłótni jest zazwyczaj to, które pomysły są czyje i czy aby na pewno druga strona nie chce ich sobie przywłaszczyć. Biorąc pod uwagę dynamikę tych kłótni i ich nienaganny filmowy rytm, można nazwać "Serce miłości" najbardziej arthouse'ową komedią romantyczną ever. Kwestia wypowiadana przez Zuzannę, opisująca starszego od niej Wojtka jako zgreda ("Ciepełko winylowe w serduszku, sentymentalizm trzydziestacki, fałhaes, kaseciaki, takie tam") jest jedną z zabawniejszych ripost polskiego kina ostatnich lat. Podobnie scena, w której Wojtek najpierw zalewa się łzami, oglądając po raz kolejny "Znachora" Jerzego Hoffmana (by następnie dopchnąć "Psami" Pasikowskiego), mówi więcej o kryzysie polskiej męskości niż dzieła zebrane publicystów "Krytyki Politycznej" razem wzięte.

Ronduda z lubością śledzi zarówno kolejne stylizacje Zuzanny (na vampa, na Kobietę-Kot z "Powrotu Batmana", etc.), jak i dźwiękową dłubaninę Wojtka (dla którego nawet zarejestrowana kłótnia z Zuzanną może stać się artystycznym tworzywem). Dzięki swemu olbrzymiemu doświadczeniu kuratorskiemu i empatycznemu czytaniu sztuki nowoczesnej, Ronduda staje się idealnym przewodnikiem po potencjale tej sztuki i bierze ją niejako w obronę (konieczną o tyle, że filmy w rodzaju "The Square" uderzają we współczesnych artystów odrobinę za łatwo).


Jest wreszcie "Serce miłości" wybitnym filmem miejskim, głównie dzięki wyczuleniu Rondudy i operatora Łukasza Gutta na szczególną dwoistość Warszawy, w której przybrudzony piaskowiec powojennych kamienic co rusz koliduje ze szkłem i metalem wieżowców nowego korpo-świata. Kadry w tym filmie pełne są lustrzanych odbić, refleksów świetlnych – i całkowicie wyzute z błękitu nieba i zieleni roślinnej. Trudno o dobitniejszy wizualny odpowiednik świata całkowicie, do mdłości wręcz ludzkiego, w którym każdy element jest zdominowany przez nieznoszącą sprzeciwu intencjonalność. 

Osobną zaletą jest zawarcie w "Sercu miłości" autentycznych (często powtórzonych na potrzeby filmu) performansów i dzieł sztuki Bąkowskiego i Bartoszek, do których zaliczają się także śpiewane przez Bąkowskiego piosenki. Zwłaszcza tytułowa instalacja Zuzanny, stanowiąca replikę idealnie minimalistycznego mieszkania jak z żurnala – nabrzmiałą od tryskającej z kranów wody i rozświetloną do białości – robi wielkie wrażenie. Z kolei finałowa rekonstrukcja (dostępnego na YouTubie w wersji oryginalnej) performansu "Odkochiwanie się" z roku 2009, w którym Bąkowski dokonywał melancholijnego pogrzebu przedmiotów należących do jego byłych kochanek, jest po prostu powalająca. Moment, w którym Wasilewska spogląda na Poniedziałka, po jej policzku płynie łza, a w tle dobiega zapętlona w nieskończoność fraza ("Przeszły mi wszystkie miłości…"), jest jednym z najpiękniejszych obrazów kina ostatnich lat i będę płakał przy nim równie często, co Bąkowski na "Znachorze".

Koniec końców, Ronduda pokazuje nam artystów współczesnych nie po to, by udowodnić, że sztuka nowoczesna nie błądzi i nie zawiera w sobie elementów narcystycznych. Wręcz przeciwnie – błądzenie i narcyzm jest jej częścią składową, a niebezpieczeństwo odklejenia się artysty od nurtu społecznego życia jest wielkie. Wojtek reaguje na rozgrywającą się za oknem nocną burdę, dzwoniąc na policję, ale jego uwaga wkrótce skupia się na muzycznym brzmieniu policyjnej automatycznej sekretarki. Mimo to Ronduda nigdy nie kwestionuje faktu, że poszukiwania jego bohaterów mają wartość, a świat, w którym podobnych poszukiwań by zabrakło, zmieniłby się w trupa.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 81% uznało tę recenzję za pomocną (52 głosy).
Michał Oleszczyk
ocenia ten film na:
1 10 9/10 rewelacyjny