Recenzja filmu Hero (2002)
Yimou Zhang

Tak potężny, jak płatek śniegu, tak ostry, jak złamany miecz

Jak podejść do kina Dalekiego Wschodu? Czy wystarczy nam wiedza, jaką o tej kulturze posiadamy? Czy wystarczą dobre chęci? Co dzieje się, gdy stykamy się z tak klasycznymi w naszym kręgu ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Hero (2002)
Jak podejść do kina Dalekiego Wschodu? Czy wystarczy nam wiedza, jaką o tej kulturze posiadamy? Czy wystarczą dobre chęci? Co dzieje się, gdy stykamy się z tak klasycznymi w naszym kręgu kulturowym archetypami, jak spacer po wodzie - i nagle okazuje się, że może on oznaczać coś zupełnie innego? Czy znajomość symboliki kolorów umożliwi nam odnalezienie wszystkich znaczeń białego kimona, zielonej zasłony? Czy wreszcie w ogóle można coś powiedzieć o mistycyzmie, z definicji swej przekraczającym słowa i próbującym poznać świat w inny, pozawerbalny sposób?

Takie pytania pojawiły się w mej głowie po projekcji filmu Zhanga Yimou. Pojawiły się zresztą też w wyniku śmiechu, jakie niektóre - w moim mniemaniu piękne - sceny wzbudziły w wielu innych widzach na sali. Cóż, nie wszystkie kody są widać do złamania, czasem nie wystarczy słyszeć, co jest mówione, bo czasem trzeba się wsłuchać...

O czym jest "Hero"? To baśń - legenda dotycząca powstania Chin. Dawno, dawno temu teren dzisiejszego Państwa Środka podzielony był między krainy Cin, Zhao, Han, Wei, Yan, Chu i Qi. Władca kraju Cin zapragnął zjednoczyć te ziemie - jednakże obawiał się zamachowców, którzy już kiedyś niemal pozbawili go życia. I oto nagle w jego pałacu pojawia się tajemniczy Bezimienny - chełpiąc się jakoby pokonaniem wielkich wojowników, dybiących na życie króla. Czy opowieść, którą przedstawia - jest prawdą? Czy może jego cel jest tak naprawdę zupełnie inny?

Warstwa narracyjna tego filmu w swej ogólnej strukturze wydaje się zrozumiała - szkatułkowa, pogmatwana historia, zmieniająca się w zależności od punktu widzenia to w naszej kulturze wszak nic nowego. To, co wyróżnia "Hero" to jednak przede wszystkim strona wizualna produkcji - perfekcyjne zdjęcia i doskonała scenografia i choreografia. Wszyscy zachwycają się scenami walk, dla mnie były one jednak tylko dodatkiem do mistycznej podróży - w głąb świadomości bohaterów (a jak, posłużmy się choć przez chwilę ową niedoskonałą wiedzą!), do wykładu na temat postmodernistycznej względności prawdy. Do pochwały usankcjonowanej władzy (co zresztą zarzucano reżyserowi). Do pokazania niszczącej siły namiętności. Do...

No właśnie - brzmi to śmiesznie? Nadęcie? Pompatycznie? Największym problemem z opisem tego filmu jest kwestia nieprzystawalności języka. Nie można właściwie opisać bogactwa wizualnego filmu Yimou. Bo i długie, szerokie ujęcia Doyle'a, i ciekawe wykorzystanie efektów specjalnych, i perfekcyjna, malarska scenografia - są tak naprawdę rodzajem "koanu", taoistycznej zagadki bez rozwiązania (w rodzaju tej o klaskaniu jedną ręką); mają one w moim przekonaniu naprowadzić nas na ograniczenia w sposobie myślenia, pokazać granice i paradoksy logiki - by nas udoskonalić.

I chyba głównie za ten nienachalny, piękny - a jednocześnie wybuchający częstokroć wspaniałą akcją - wykład należy się pełen szacunku ukłon reżyserowi. To wielka sztuka, by kodem właściwym Zachodowi pokazać coś, co właściwe jest dalekowschodniemu modelowi patrzenia na świat - albowiem, jak zauważył Friederich Durrenmatt, to "w paradoksie ujawnia się rzeczywistość".

Jeśli dacie się porwać - wyjdziecie z kina bogatsi, choćby o świadomość ograniczeń swego myślenia. Jeśli nie - trudno. Wszak po co podchodzić do granic? Można czasem zobaczyć, jak wielkie jest to, co się za nimi kryje...
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 93% uznało tę recenzję za pomocną (54 głosy).
marlon
ocenia ten film na:
1 10 9/10 rewelacyjny

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)