Recenzja filmu The Leisure Seeker (2017)
Paolo Virzì

Tak trzeba żyć

O sile "The Leisure Seeker" świadczy zatem nie, raczej sztampowa, treść, lecz atrakcyjny sposób jej przekazania. Virziemu oraz trzem jego współscenarzystom udało się na przykład stworzyć ...
Filmweb sp. z o.o.
To było do przewidzenia. Po serii sukcesów odniesionych w Europie Paolo Virzi przystał na propozycję hollywoodzkich macherów i przystąpił do realizacji anglojęzycznego debiutu. W przypadku Włocha nie sposób mówić jednak o jakiejkolwiek zdradzie ideałów. Już filmy realizowane przez twórcę "Zwariować ze szczęścia" w ojczyźnie flirtowały przecież z kinem gatunków i miały w sobie iście amerykańską lekkość snucia opowieści. W "The Leisure Seeker" reżyser umie jednocześnie podnieść te właściwości do kwadratu i nie zatracić – przypisywanej stereotypowo włoskiemu kinu – zdolności do łączenia humoru z sentymentalizmem.

Gdyby koniecznie chcieć wskazać jakiegoś patronującego najnowszemu filmowi Virziego klasyka, trzeba by postawić na Milosa Formana z czasów "Odlotu". Obu twórców zdaje się łączyć pozornie absurdalne przekonanie, zgodnie z którym starsi Amerykanie mają w sobie znacznie więcej finezji niż ich dzieci. Twórca "The Leisure Seeker" nie waha się przedstawić potomków głównych bohaterów jako nudziarzy prowadzących przewidywalne i jałowe życie. Szczególnie antypatyczne wrażenie robi Will – zmanierowany bogacz, który z wyraźnym obrzydzeniem opowiada siostrze o dniu, gdy przyłapał swoich, bardzo dojrzałych już, rodziców na uprawianiu seksu. 

Nawet jeśli brzmi to jak sytuacja mogąca przydarzyć się każdemu, niesforni bohaterowie już wkrótce znajdują znacznie bardziej spektakularny sposób na zszokowanie swych latorośli. Pewnego pięknego dnia oboje, choć pozostają ciężko chorzy, uruchamiają swego wysłużonego kampera i bez słowa pożegnania wyruszają w sentymentalną podróż po USA. Filmowana przez włoskiego reżysera odyseja sprawdza się jednakowo jako ilustracja popularnego sloganu "Tak trzeba żyć" i ciekawa wariacja na temat konwencji kina drogi. Pod pewnymi względami "The Leisure Seeker" podejmuje polemikę z prawidłami gatunku skupiającego się zwykle na celebrowaniu młodości i piękna. Z drugiej jednak strony, film Virziego powiela, obecny w klasycznych road movies, a także w dowolnym poradniku motywacyjnym, przekaz mówiący, że każdy moment jest dobry na wzięcie życia w swoje ręce.

O sile "The Leisure Seeker" świadczy zatem nie, raczej sztampowa, treść, lecz atrakcyjny sposób jej przekazania. Virziemu oraz trzem jego współscenarzystom udało się na przykład stworzyć pełnokrwiste postacie, które zostały błyskotliwie zinterpretowane przez duet Helen Mirren-Donald Sutherland. Scen przyjacielskich przekomarzań pomiędzy Ellą i Johnem nie powstydziłyby się najlepsze hollywoodzkie screwball comedy. Ogromny potencjał komiczny ujawniają także sceny obrazujące charakterologiczne różnice pomiędzy pragmatyczną kobietą a jej mężem – intelektualistą zamęczającym przypadkowych ludzi gadkami o Hemingwayu.

Fakt, że John upodobał sobie akurat tego pisarza, choć pozornie nieistotny, z biegiem czasu zyskuje spore znaczenie dla rozwoju intrygi. Trudno zresztą oprzeć się wrażeniu, że w "The Leisure Seeker" nic nie dzieje się bez przyczyny. Jeśli John mimochodem wspomina o posiadanej strzelbie albo przypadkiem wymienia imię długoletniej sąsiadki, możemy być pewni, że detale te powrócą w najmniej oczekiwanym momencie. W równie dyskretny sposób reżyser sygnalizuje na początku filmu woltę, która w ostatnim akcie doprowadzi do zmiany tonacji opowieści i sprawi, że nasz śmiech ustąpi miejsca wzruszeniu. Nawet jeśli dla osiągnięcia swego celu Virzi dopuszcza się pewnych manipulacji, trzeba przyznać, że robi to z godną pozazdroszczenia wprawą. W efekcie obecne w "The Leisure Seeker" szantaże emocjonalne, zamiast irytować, sprawiają nam iście masochistyczną przyjemność.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 83% uznało tę recenzję za pomocną (6 głosów).
Piotr Czerkawski
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry