Recenzja filmu Wind River (2017)
Taylor Sheridan

Tam, gdzie nawet diabeł nie mówi dobranoc

"Wind River" to kameralne kino o ogromnej sile oddziaływania. Główny bohater zajmuje się tropieniem dzikich zwierząt, ale okazuje się, że to w ludziach drzemią najgorsze instynkty. Jesteśmy ...
Filmweb sp. z o.o.
"Wind River" w reżyserii debiutującego na ekranie Taylora Sheridana (scenarzysta "Sicario" oraz "Aż do piekła") zebrał pochlebne recenzje na Festiwalu Sundance oraz w Cannes. Polscy widzowie mogli go zobaczyć na tegorocznym festiwalu Transatlantyk, którego hasło przewodnie brzmiało „Siła Kobiety - The Power Of Woman".
 
Akcja filmu skupia się wokół poszukiwań sprawcy brutalnego morderstwa. Ofiarą padła młoda dziewczyna indiańskiego pochodzenia odnaleziona na mroźnym odludziu w głębi rezerwatu. Okoliczności śmierci bada oddelegowana do zadania młoda agentka FBI (Elizabeth Olsen) rzucona w całkiem nowy dla niej świat. Sprzymierzeńcem kobiety zostaje tropiciel dzikiej zwierzyny Cory Lambert (Jeremy Renner). To on znalazł ciało nastoletniej dziewczyny. Śmierć córki przyjaciela przypomni mu osobistą tragedię sprzed lat, dlatego wprawny myśliwy z tym większą determinacją ruszy na łowy. Jednak "Wind River" to nie tylko kryminalna łamigłówka, ale próba zwrócenia uwagi na bardzo poważny problem społeczny. Okazuje się, że w Stanach Zjednoczonych kobiety pochodzenia indiańskiego nie są objęte ścisłym rejestrem osób zaginionych. Dlaczego nikogo nie obchodzi los rdzennych mieszkańców Ameryki? Miejsca, w które zagląda kamera, to tereny wrogie na tyle, że nawet organy ścigania nie mogą czuć się bezpiecznie, o czym przekonamy się podczas jednej z najbardziej emocjonujących finałowych scen filmu. "Dla triumfu zła potrzeba tylko, żeby dobrzy ludzie nic nie robili", powiedział niegdyś filozof Edmund Burke. Na szczęście w miejscu, o którym nawet Bóg zapomniał, są ludzie, których stać jeszcze na heroizm.
 
Wybór Jeremy Rennera do roli Cory’ego Lamberta to obsadowy strzał w dziesiątkę. Wyciszony, emanujący spokojem twardziel, który swoje w życiu przeszedł – to rola zasługująca na uznanie. Kariera Rennera, który nominacje do Oscara wywalczył, grając narwanego sapera ("The Hurt Locker. W pułapce wojny") oraz porywczego rabusia ("Miasto złodziei"), wyraźnie ewoluuje. Szkoda, że grająca agentkę FBI Elizabeth Olsen nie miała tak rozbudowanej roli jak jej kolega z planu. Jane Banner z "Wind River" bardzo przypomina agentkę Kate Macer (Emily Blunt) z „Sicario” Denisa Villeneuve’a. Obie przechodzą przyspieszoną szkołę życia. Drugi plan uzupełnia znany z "Tańczącego z wilkami" oraz "Szklanej pułapki 3Graham Greene. Obsadzenie go w roli dobrodusznego, dowcipkującego indiańskiego szeryfa chyba nikogo nie dziwi. Całość dopełniają wspaniałe zdjęcia zaśnieżonych pejzaży oraz klimatyczna muzyka Nicka Cave’a. Aż dziw, że jeden z najmocniejszych thrillerów ostatnich lat nie ma jeszcze daty polskiej premiery. Oby jak najszybciej trafił do szerokiej dystrybucji.
 
"Wind River" to kameralne kino o ogromnej sile oddziaływania. Główny bohater zajmuje się tropieniem dzikich zwierząt, ale okazuje się, że to w ludziach drzemią najgorsze instynkty. Jesteśmy gatunkiem, który sam sobie zagraża. Wydawałoby się, że żyjemy w cywilizowanym świecie. Nic bardziej mylnego…
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 94% uznało tę recenzję za pomocną (18 głosów).
Bruce84
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry