Recenzja filmu Django (2012)
Quentin Tarantino

Tarantino, i wszystko jasne!

Wyobraźnia Quentina Tarantino to studnia bez dna, z której zawsze koneser kina wydobędzie wiadro pełne soczystych historii. Ten hollywoodzki odmieniec właśnie zaprasza nas do swojego świata po ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Django (2012)
Wyobraźnia Quentina Tarantino to studnia bez dna, z której zawsze koneser kina wydobędzie wiadro pełne soczystych historii. Ten hollywoodzki odmieniec właśnie zaprasza nas do swojego świata po raz kolejny, byśmy obejrzeli i ocenili jego najnowsze dokonanie, czyli "Django". W ciągu 160 minut żongluje spaghetti westernem, a publiczność na widowni skręca się na przemian ze śmiechu i obrzydzenia. Tym samym znowu udowadnia, że w robieniu czegoś z niczego jest niekwestionowanym mistrzem.

Cała zabawa z filmami Tarantino polega na tym, żeby znaleźć jak najwięcej za przerysowaną, ohydną przemocą. Dla jednych tam nic nie ma, dla drugich, także dla mnie, lejąca się strumieniami krew, to kurtyna, za którą reżyser przechowuje wszystko, co najsmakowitsze w sztuce filmowej. "Django" zostało oparte na tych samych mechanizmach, ale pod lupę został wzięty spaghetti western, gatunek kina dzisiaj praktycznie zapomniany.

Quentin Tarantino przedstawia tytułowego niewolnika Django, który niespodziewanie odzyskuje wolność. W parze z wyszczekanym łowcą nagród doktorem Schultzem tropi, zabija i zgarnia kasę. Kiedy umowa obu panów się kończy, wyruszają odbić z rąk bezwzględnego Calvina Candiego żonę Django, Broomhildę. Zabawa trwa w najlepsze.

I kiedy piszę "zabawa" mam oczywiście na myśli hektolitry sztucznej krwi rozbryzgane na każdym centymetrze kwadratowym scenografii. Trio Django- Schultz-Candie ma w tej materii szczególne zdolności i tupet, który nie powstrzymuje przed wdawaniem się w kolejne jatki. W tym męskim klimacie, gdzie rewolwer to najlepsza riposta, rozgrywa się klasyczny melodramat, jakże charakterystyczny dla westernu. Tarantino w znany nam sposób przypomina, iż cokolwiek robimy, robimy pod wpływem emocji, a nie zdrowego rozsądku. Niezmiennie naturalnym ludzkim dopalaczem są uczucia, targające nami jak liśćmi na wietrze.
Quentin Tarantino
Jeśli mogę napisać, że mózgiem "Django" jest Tarantino, to sercem bez wątpienia jest Christoph Waltz. Pamiętacie pierwszą scenę z "Bękartów wojny", kiedy wkroczył na scenę Hans Landa i niczym mroczny szeryf rozliczył się z tymi, z którymi rozliczyć się musiał? Powiedzieć, że jego aktorstwo w wielkim otwarciu było zachwycające, to jak nic nie powiedzieć. Mijają trzy lata i... voila! Znowu Waltz, znowu u Quentina i znowu wejście, którego nie zapomnę. Bardzo chciałam, żeby to DiCaprio po swojej kreacji Calvina Candiego był noszony na rękach. Faktycznie w roli czarnego charakteru był hipnotyzujący, ale wyczynów Christopha Waltza nie można inaczej określić niż swego rodzaju obłęd. Zabawny, ironiczny, niebezpieczny, pewny siebie, szalony, doskonały doktor King Schultz jest postacią, w której widz "zakochuje" się od pierwszego wejrzenia. Nie mam nic do zarzucenia ani Jamiemu Foxxowi, doceniam z całego serca Leonardo DiCaprio. W innych okolicznościach obaj spijaliby śmietankę, ale.... dali się wrobić we współpracę z Waltzem.

Dopełnieniem tego dzieła jest soundtrack, który pieścił moje uszy przez cały seans. Czego na tej ścieżce dźwiękowej nie ma? Jeden znakomity kawałek goni kolejny, i tak przez cały film. Mało? Operator Robert Richardson (tak na marginesie laureat trzech Oscarów: "Hugo", "Aviator", "JFK") filtruje zakątki Teksasu bez szpanerstwa i przesady, od czasu do czasu częstując widza onieśmielającym kadrem.

Miałam nadzieję, że brutalność w wydaniu tarantinowskim już nie będzie na mnie robić takiego wrażenia. Że nie będę musiała używać każdego dostępnego skrawka materiału do obrony przed kolejną ohydną sceną. Nic z tych rzeczy! Strzelający niczym Clint Eastwood Jamie Foxx oraz pozostali bohaterowie "Django" bardzo dosadnie wyperswadowali mi te oczekiwania. Paradoks polega na tym, że choć kolejne obrazy Quentina Tarantino muszę oglądać z pustym żołądkiem, i tak chcę je oglądać za wszelką cenę. Ta "rąbanka" ma swój silnik w zawsze świeżym jak sok pomarańczowy scenariuszu. Rozegrana doskonale z publicznością partia szachów pt. "Django" kończy się wygraną wszystkich. I twórców błyskotliwie powracających do spaghetti westernu, i odbiorców otrzymujących najlepszą możliwą rozrywkę.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 71% uznało tę recenzję za pomocną (154 głosy).
Madame_Rose
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (12)

zobacz wszystkie