Recenzja filmu Szybcy i wściekli: Tokio Drift (2006)
Justin Lin

Tokio Drift - wyścig... po kasę

Jak każdy zapewne wie, "Szybcy i Wściekli: Tokio Drift" jest o superbrykach, pięknych kobietach i... to chyba wszystko. Dwa poprzednie filmy z tej serii błyszczą na tle innych sensacyjnych ...
Filmweb sp. z o.o.
Jak każdy zapewne wie, "Szybcy i Wściekli: Tokio Drift" jest o superbrykach, pięknych kobietach i... to chyba wszystko. Dwa poprzednie filmy z tej serii błyszczą na tle innych sensacyjnych filmideł, natomiast trzecia część? "Tokio Drift" nie ma tak szybkiej akcji, jak wcześniejsze produkcje, samochody nie powalają na kolana, a bohaterowie też nie są na tyle sympatyczni, aby się z nimi zaprzyjaźnić.

Prawie zawsze sequele okazują się niewypałem, w tym przypadku było inaczej, druga część "Szybkich i Wściekłych" okazała się tak samo dobra, jeśli nie lepsza, od swojego poprzednika, tak więc miałam nadzieję, że i trzecia będzie równie dobra. Niestety przeliczyłam się. Tak jak w poprzednich produkcjach, główną rolę odgrywają samochody, ale co z fabułą? Tak jak wcześniej było co oglądać, tak w tym przypadku tylko patrzymy się w ekran i oglądamy po prostu ścigające się samochody. Ba! Żeby wyścigi były super nakręcone! Montaż pozostawia wiele do życzenia; momentami mamy wrażenie, że reżyser nie jest do końca pewien, co chce ująć w danym momencie, tak więc wyszedł mu nie całkiem spójny film. Denerwujące jest również (nie wiem czy celowe) przyspieszanie obrazu, szczególnie w momentach wypadku samochodów, sceny nie wydają się realistyczne i tym sposobem trochę irytują widza.

"Tokio Drift" tak naprawdę ma jedną mocną stronę - muzykę. Ze wszystkich części ten soundtrack najbardziej przypadł mi do gustu. Już na samym początku, gdzie jeszcze liczyłam na dobry film, muzyka jeszcze bardziej budziła moją nadzieję. Niestety, im dalej brnęłam (nie wiem w co, ponieważ fabuły praktycznie nie ma), tym bardziej miałam ochotę wyjść z sali. I nie chodzi tutaj o to, że wiedziałam, jakie będzie zakończenie, ponieważ tego typu produkcje są bardzo przewidywalne, lecz o to, że tak naprawdę w filmie nic nie było pokazane - świetne samochody? O wiele gorzej zaprezentowane niż w dwóch poprzednich częściach. A przecież właśnie o to w tej serii chodzi: pokazać zwykłemu przeciętnemu człowiekowi niewyobrażalne bryki, o których nawet się nie śni. Gdy oglądałam ten film nie czułam przestrzeni. W pierwszej części "Szybkich i Wściekłych" na samym początku widzimy świetne ujęcia pokazujące setki samochodów, kamera objeżdża je, czuje się dynamikę filmu. Zamiast czuć potęgę pędzących 250 km/h bryk, miałam wrażenie, że przez cały czas siedzę w dziupli, nawet wtedy, gdy wrogowie ścigali się. Cóż to za pomysł, aby tak widowiskowe wyczyny działy się na parkingu? Rozumiem, że pokazana jest technika driftingu, ale tak samo można było ją przedstawić np. na lotnisku, byłby przynajmniej dreszczyk emocji.

Następny minus to obsada. Jak mogło zabraknąć w trzeciej części Paula Walkera? To już zupełnie inny film, kiedy go nie ma. Główny bohater "Tokio Drift" sprawia wrażenie bezpłciowego, nie wiadomo tak naprawdę, czego chce, nie daje nam odczuć, że kocha jazdę i samochody (tak jak to było w przypadku Briana O'Connera, czyli Walkera).

Mogę jedynie pogratulować ostatniej sceny, spotykamy Vina Diesela. Aczkolwiek ogólnie nie przepadam za tym aktorem, to zawsze będzie mi się kojarzyć z "Szybkimi i Wściekłymi", świetnie wcielił się w Dominica.

Jeżeli macie jednak ochotę na niezobowiązujące kino, nie chcecie myśleć w trakcie bądź też po zakończeniu seansu, to ta produkcja jest stworzona dla was. Ja jednak radzę, szczególnie tym, którzy jeszcze nie widzieli dwóch poprzednich części na obejrzenie ich, a tym, którzy już mają je za sobą na odświeżenie pamięci, ponieważ w nich właśnie zaprezentowane są w szczególności "podszykowane" do granic możliwości bryki, którym towarzyszy świetna akcja, a momentami nawet super komedia.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 29% uznało tę recenzję za pomocną (49 głosów).